Stało się to dzięki fenomenowi karaoke.
Ta prosta formuła zabawy, polegająca na wspólnym piciu i śpiewaniu do podkładu muzycznego, to naturalna kontynuacja wiejskich hulanek. Wystarczy przejść się na karaoke do Kubu Medyków, by stwierdzić, że w okolicach godz. 23.00 dochodzi do głosu instynkt ludyczny i do śpiewu dołącza szaleńczy taniec zgrabnych damskich tyłeczków między i na stołach. Wreszcie można zrzucić intelektualny balast i oddać się rozmowie z głupiutkimi, ale sympatycznymi studentkami pielęgniarstwa, psychologii na APS-ie albo hotelarstwa. Zupełnie nie przeszkadza to, że poziom rozmowy sięga klepiska w stodole. Ważne, że są ładne, pełne życia i mają poczucie rytmu. Nie zawsze są co prawda gustownie ubrane, z reguły gryzące się kolory aż biją po oczach, ale... można się przyzwyczaić. No i muzyka. Wszystkie style: od metalu po disco polo. Prym wśród najpopularniejszych wykonawców wiedzie swojski Dżem i jego "Whisky", ale ludzie się nie ograniczają: Doda, Bon Jovi... Piosenki zaśpiewane, wyryczane, wykrzyczane. Dominuje barwny eklektyzm. Estetyczne cudo.
Przyznaję - nie ma w moim uczestniczeniu w karaoke żadnej wyższej myśli, czy przesłania poza wyrażonym implicite protestem. Przeciwko rozgadanej, inteligentnej młodzieży która kisi we własnym sosie, podniecona, ogólnie rzecz biorąc, pseudosztuką i pseudoideami. Młodzieży, która się lansuje swoim rzekomym nonkonformizmem i namiętnie słucha elektro. To mnie łączy z kiedysiejszą cyganerią: protest przeciwko żałosnym trendom i zwyczajom.
Ponadto lubię śpiewać i tańczyć, co tylko potęguje uroki karaoke.
Wasz Sted

Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńTa... :) Swoją drogą, 'parobek' to świetne słowo :)
OdpowiedzUsuń