Pokazywanie postów oznaczonych etykietą garaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą garaż. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 czerwca 2009

Etyka niezależna - do rozważenia...

Etyka niezależna. Od czego? Jeśli nic, co mogłoby ją sankcjonować nie istnieje, etyka nie może być zależna. Ergo: określnik "niezależna" jest zbędny. Jeśli natomiast coś takiego istnieje, to dlaczego mielibyśmy ją od tego uniezależniać. Przez wzgląd na co?

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Nowy wspaniały świat?

Zacznijmy od pytania za 100 punktów: co łączy Aldousa Huxley'a, Georga Orwella, Kurta Wimmera (tego od "Equlibrium"), czy braci Wachowskich ("Matrix" i "V for Vendetta")? To, że są autorami antyutopii? Też, ale nie idźmy na łatwiznę. Co łączy ich przede wszystkim? Jest to przekonanie, że człowieka można przekupić wygodą. Wystarczy zapewnić odpowiednio wysoki poziom życia (lub odpowiednio silne wrażenie, że ów poziom jest wysoki), odpowiednio wysoki poziom szczęśliwości (lub wrażenie, że...), a krzyk sumienia całkowicie cichnie. Maleje potrzeba niezależności i samodecydowania. Maleje. Do zera.

Do tego, żeby scementować sukces i zabezpieczyć się przed rewolucją, trzeba wtłoczyć ludziom w żyły jakiś narkotyk. To ułatwi odczuwanie szczęścia, a przy okazji pogłębi i utrwali naszą podatność na sugestie. Narkotykiem trzeba omamić także intelekt. Najlepiej jakąś ideą. Niech to będzie poświęcenie dla społeczeństwa. O, pardon, Społeczeństwa.
Niezbędne jest także wyrugowanie pojęcia wspólnoty, a więc tym samym zaprzeczenie indywidualizmu, który żyje w symbiozie z prawdziwą wspólnotą. Przecież indywidualizm i wspólnota wzajemnie się warunkują. Wspólnota gromadzi ludzi podzielających te same wartości, w to samo wierzących. Wspólnot jest wiele. Niedopuszczalne! "Wykreślamy". Nakładamy też ścisły harmonogram zajęć, jak w obozie pracy. Luksusowym jednak, więc nikt nie zauważy podobieństwa. Regulujemy, kontrolujemy, wyznaczamy, zaznaczamy, zakazujemy i nakazujemy. Ale łagodnie, albo stwarzając pozory łagodności. Tym, którzy w nią nie wierzą, udowadniamy, jak bardzo się mylą, eksterminując ich. Po cichu. I niekoniecznie fizycznie. Czasy Hitlerów minęły. Teraz metody są bardziej wyszukane. Z pomocą śpieszą nam tabuny chcących sobie poeksperymentować neurobiologów.

(Euqilibrium)
Mary: Let me ask you something.
[Grabs his hand]
Mary: Why are you alive?
John Preston: [Breaks free] I'm alive... I live... to safeguard the continuity of this great society. To serve Libria.
Mary: It's circular. You exist to continue your existence. What's the point?

Przepis jest więc prosty. Łatwo stworzyć zmechanizowane społeczeństwo, żyjące w ułudzie szczęśliwości, w błogiej niewiedzy o swojej marnej kondycji. Potrzeba tylko czasu wystarczająco długiego, byśmy nie zauważyli momentu przejścia od stanu przed do stanu po. W zasadzie ci, którzy przejściem sterują też go nie zauważają. Wszyscy są w pewnym sensie bez winy. Bo przecież wszyscy chcą dobrze. Inaczej sądzili antyutopiści i tu się według mnie antyutopiści mylili. Nie ma kogoś, kto totalitaryzm planuje od początku do końca. Kto, pełen złej woli, chce wykorzystać innych do realizacji swoich chorych idei. Hitler i Stalin to tylko dwie postacie niesione prądem tchórzliwej słabości innych. Nie istnieliby, gdyby nie istnieli ludzie, którzy wraz z nimi bezpośrednio korzystali na wojnie i zagładzie. Jednostka, na którą można zwalić całe zło ładnie wygląda w filmie, efektownie można ją opisać w książce. Ale okazuje się, że nie istnieje nie tylko Wielki Brat, nie istnieje nawet jednolita grupa ludzi, którzy chcą, by inni sądzili, że WB istnieje. Istnieją jedynie konkretne osoby, które najpierw chciały dobrze, potem im samym było dobrze, a potem było im już tak dobrze, że przestały chcieć dobrze i zaczęły chcieć źle. Proces zacieśniania kontroli jest niekontrolowany i to jest w nim najgorsze. To sprawia, że powinniśmy nieustannie czuwać. Patrzeć podejrzliwe na wszelkie projekty odgórnego uszczęśliwiania nas. Z nieufnością patrzmy też na tych, co źródła naszych nieszczęść upatrują w "obcych", w "nich". Tak robi np. pan Schulz, przewodniczący socjalistów w europarlamencie, wielki zwolennik integracji. Wejdźcie na youtube, posłuchajcie jego wypowiedzi przypominających stylem hitlerowskie oracje i zastanówcie się, jakie ma to znaczenie? Czy jest to całkiem niewinne?

Może moje obawy są nieuzasadnione, może tam, gdzie ja widzę zagrożenie, w istocie czeka na nas raj. Być może. Ale, Wy, gdy popieracie jakikolwiek projekt zmiany rzeczywistości, zastanówcie się dobrze, czy faktycznie po jego realizacji świat będzie wspaniały, czy może tylko będzie się takim wydawał.

Sted

PS Kto nie czytał "Roku 1984", "Folwarku zwierzęcego", "Nowego wspaniałego świata", nie oglądał wymienionych we wstępie filmów, proszę zamknąć naszego bloga i nadrobić zaległości.





piątek, 20 marca 2009

Scribamus, cras enim moriemur. Piszmy, bo jutro pomrzemy!

Ostatnio słyszałem, że młodzi internauci chcą stworzyć partię polityczną. Nie jestem jednym z nich, ale wykorzystywanie sieci do 'tworzenia' jest dobrym pomysłem. Postanowiliśmy pójść tą ścieżką i choć podobnie, jak owi polityczni aktywiści nie mamy jeszcze konkretnego programu, mamy wzniosły cel.

Słuchajcie więc! Sted i Kidriv, mają propozycję dla Waszych niespokojnych duszyczek! Chcemy założyć internetowy kwartalnik i poszukujemy autorów. Chodzi o publicystów i pisarzy (proza, poezja). Byłoby to raczej przedsięwzięcie mające na celu bardziej pracę nad warsztatem pisarskim i dyscypliną pisania niż zapewnienie autorom sławy i pieniążków. Choć i te się przydadzą. Proporcje będą zależeć od tego, ilu będzie chętnych i co będą chcieli pisać. Prosimy o maile ze zgłoszeniami na archetyp@tlen.pl Prosimy o krótki profil swojej osoby i dowolną próbkę twórczości.

Technicznie wyglądałoby to tak. Wydawalibyśmy ten periodyk w formacie PDF i rozsyłali do potencjalnych zainteresowanych i prenumeratorów. Opieralibyśmy się głównie na mailowej prenumeracie. Być może jakaś redakcja czasopisma komputerowego, dorzucająca krążki do numerów, wypalałaby na nich także nas. Pismo miałoby powiązanego z postscriptum-ps.blogspot.com bloga, na którym zamieszczałoby się najciekawsze teksty. Redakcja nie przejmowałaby praw autorskich do tekstów (przynajmniej do czasu), co oznacza, że możnaby je drukować także w innych czasopismach. Publikowanie tekstów byłoby darmowe, nie byłoby też żadnych składek członkowskich. Myślę, że jeśli udałoby się nam po jakimś czasie uzyskać stałą grupę czytelników, możliwe byłyby z ich strony dobrowolne i spontaniczne gratyfikacje pieniężne dla najlepszych autorów. (Mój znajomy dostaje od anonimowych darczyńców wpłaty za dobrze wg nich prowadzonego bloga) Ale to tylko przy bardzo wysokim poziomie tekstów. Jeśli wirtualny nakład przekroczyłby kiedyś 300 wysłanych na maile prenumeratorów ‘sztuk’ (co jest pewnie bardzo odległą przyszłością), możliwe byłoby zalegalizowanie działalności i umieszczanie reklam, z których też możnaby czerpać jakieś – pewnie bardzo drobne – korzyści.

Jacyś chętni?

PS Jesteśmy oczywiście otwarci na wszelkie propozycje co do profilu kwartalnika i sposobu jego prowadzenia i dystrybucji

środa, 18 marca 2009

Eagles of death metal - dygresja

UWAGA! Pragnę zaznaczyć, że tekst poniższy odbiega nieco od koncepcyjnej linii naszego bloga. Nie przewidywałem umieszczania na PS-ie relacji z koncertów. Muszę jednak się usprawiedliwić, gdyż akurat wizyta Eagles of death metal w Polsce przymusiła mnie do poczynienia pewnych refleksji, które mgliście zostały poniżej przedstawione. Proponuję zastanowić się, jak to jest, że mimo posiadania mocno kulejącego rynku muzycznego i wszechobecnego utożsamiania swojego 'gustu' z prezentowaną w mediach publicznych tandetą, potrafimy wykrzesać z siebie jeszcze tyle muzycznej energii. I dlaczego nie dotyczy to polskich undergroundowych zespołów.. Bo, umówmy się, Eagles of death metal również jest kapelą niszową.

W ostatnią sobotę zdarzyło mi się trafić na koncert pół-amatorskiego, acz sławnego i wesołego zespołu Eagles of Death Metal. Proxima szalała. Dawno nie widziałem tak zachwyconej publiczności. Szczerze powiem, że chyba nawet dumny byłem z przyjęcia, jakie Polacy zgotowali Amerykanom.

Proxima wypchana była do ostatniego miejsca, co szczególnie mnie dziwiło, gdyż osobiście nie dałbym tyle pieniędzy za bilet na EODM (85 zł). Z racji terminu, a jak już wspomniałem, była to sobota, występ musiał zakończyć się przed godziną dwudziestą drugą. Punkt dziesiąta w Proximie rozpoczyna się bowiem już impreza cykliczna, w tym przypadku - coś na kształt dyskoteki. Należą się więc brawa dla organizatorów gigu za punktualność, a nawet jej przekroczenie (za to już nie wiem, czy brawa się należą)! Nigdy w życiu nie słyszałem o koncercie, który zaczął się przed czasem! Support grupy, młodziutki duet gitarowo-perkusyjny (17 i 18 lat), pochodzacy z Belgii, Black Box Revelation zaczął swój występ o godzinie 18.50, a więc dosłownie dziesięć minut przed napisaną na bilecie godziną. Gwiazda wieczoru zaś zmieściłaby się w czasie nawet, gdyby garażowo-rock'owe łupanie chłopcy rozpoczęli trochę później. Eagles'i swój set obliczyli na jakieś 75 minut. W efekcie o 21.30 byłem już w drodze na pseudo-afterparty. Owo afterparty to jednak temat na osobny post, który już jutro.

Nie spotkałem się z negatywną opinią o koncercie. Nie licząc recenzji z Życia Warszawy, pisanej przez osobę której najwyraźniej tego dnia w Proximie nie było, każdy wyrażał się o koncercie w samych superlatywach.

Naszła mnie refleksja. Jak to się dzieje, że jeden wąsaty trzydziestolatek ubrany w obcisły t-shirt, w ciemnych okularach, z wręcz więziennymi dziarami, ledwo umiejący grać na gitarze, potrafi porwać taki tłum? Bohaterem ceremonii był bowiem właśnie taki mężczyzna. Na imię ma Jesse. Nawet jeśli ktoś przekraczający bramy klubu nie miał pojęcia, jak temu panu na imię, reszta ludzi w trakcie grania szybko by mu tą wiedzę wpoiła, gdyż oprócz standardowego polskiego 'napierdalać' i 'pokaż dupę!', rozhuśtana Proxima krzyczała 'Jesse' właściwie po każdym utworze. Cóż więc Jesse miał zrobić? Ano chwalił, chwalił polską publiczność zarówno poprzez przypomnienie pierwszego występu w Stodole w 2005 roku (jako support bratniego Queens Of The Stone Age), jak i kokieteryjne zawołania w stylu - "Na co mi Hollywood, skoro mogę się przeprowadzić do Warszawy?"... Miód na uszy fanów.


Stałem w bezpiecznej odległości kilkunastu metrów od sceny, jednak nawet tam dało się odczuć euforię, która ogarnęła Polaków. Koleżanki zdzierały sobie gardło, powtarzając niczym mantrę magiczne słowa jednego z przebojów o tytule 'Cherry Cola'. Zagrali go, a jakże! I Proxima zafalowała. Wcześniej uraczyli nas również wyproszonym 'I want you so hard (Boys bad news)' i wówczas przez klub przeleciała fala o rozmiarach tsunami. Myślałem, że to wizyta Down należała do najbardziej porywających (niemalże w dosłownym znaczeniu tego słowa) występów, jednak muszę przyznać, że takiej ekstazy na koncercie rock'owym po prostu nie widziałem. Stąd duma, a później zaduma z dźwięczącym w uszach zagadnieniem - jak dokonać czegoś podobnego w Polsce? Jak zorganizować koncert doskonały? Jak zagrać koncert doskonały? Do takich niewątpliwie sobotni występ EODM należał. . .

PS Mimo wszystko nie da się ukryć, że EODM zawdzięczają popularność podciągnięciu grupy pod osobę Josha Homme'a, drugiego lidera zespołu, który jednak z racji obowiązków związanych z macierzystym Queens of The Stone Age, nie zwykł brać udziału w trasach koncertowych Orłów Metalu Śmierci. Ciężko mi uwierzyć, że bez takiego wsparcia Jessie odniósłby taki sam sukces.

Kidriv