W ostatnią sobotę zdarzyło mi się trafić na koncert pół-amatorskiego, acz sławnego i wesołego zespołu Eagles of Death Metal. Proxima szalała. Dawno nie widziałem tak zachwyconej publiczności. Szczerze powiem, że chyba nawet dumny byłem z przyjęcia, jakie Polacy zgotowali Amerykanom.
Proxima wypchana była do ostatniego miejsca, co szczególnie mnie dziwiło, gdyż osobiście nie dałbym tyle pieniędzy za bilet na EODM (85 zł). Z racji terminu, a jak już wspomniałem, była to sobota, występ musiał zakończyć się przed godziną dwudziestą drugą. Punkt dziesiąta w Proximie rozpoczyna się bowiem już impreza cykliczna, w tym przypadku - coś na kształt dyskoteki. Należą się więc brawa dla organizatorów gigu za punktualność, a nawet jej przekroczenie (za to już nie wiem, czy brawa się należą)! Nigdy w życiu nie słyszałem o koncercie, który zaczął się przed czasem! Support grupy, młodziutki duet gitarowo-perkusyjny (17 i 18 lat), pochodzacy z Belgii, Black Box Revelation zaczął swój występ o godzinie 18.50, a więc dosłownie dziesięć minut przed napisaną na bilecie godziną. Gwiazda wieczoru zaś zmieściłaby się w czasie nawet, gdyby garażowo-rock'owe łupanie chłopcy rozpoczęli trochę później. Eagles'i swój set obliczyli na jakieś 75 minut. W efekcie o 21.30 byłem już w drodze na pseudo-afterparty. Owo afterparty to jednak temat na osobny post, który już jutro.Nie spotkałem się z negatywną opinią o koncercie. Nie licząc recenzji z Życia Warszawy, pisanej przez osobę której najwyraźniej tego dnia w Proximie nie było, każdy wyrażał się o koncercie w samych superlatywach.
Naszła mnie refleksja. Jak to się dzieje, że jeden wąsaty trzydziestolatek ubrany w obcisły t-shirt, w ciemnych okularach, z wręcz więziennymi dziarami, ledwo umiejący grać na gitarze, potrafi porwać taki tłum? Bohaterem ceremonii był bowiem właśnie taki mężczyzna. Na imię ma Jesse. Nawet jeśli ktoś przekraczający bramy klubu nie miał pojęcia, jak temu panu na imię, reszta ludzi w trakcie grania szybko by mu tą wiedzę wpoiła, gdyż oprócz standardowego polskiego 'napierdalać' i 'pokaż dupę!', rozhuśtana Proxima krzyczała 'Jesse' właściwie po każdym utworze. Cóż więc Jesse miał zrobić? Ano chwalił, chwalił polską publiczność zarówno poprzez przypomnienie pierwszego występu w Stodole w 2005 roku (jako support bratniego Queens Of The Stone Age), jak i kokieteryjne zawołania w stylu - "Na co mi Hollywood, skoro mogę się przeprowadzić do Warszawy?"... Miód na uszy fanów.
Stałem w bezpiecznej odległości kilkunastu metrów od sceny, jednak nawet tam dało się odczuć euforię, która ogarnęła Polaków. Koleżanki zdzierały sobie gardło, powtarzając niczym mantrę magiczne słowa jednego z przebojów o tytule 'Cherry Cola'. Zagrali go, a jakże! I Proxima zafalowała. Wcześniej uraczyli nas również wyproszonym 'I want you so hard (Boys bad news)' i wówczas przez klub przeleciała fala o rozmiarach tsunami. Myślałem, że to wizyta Down należała do najbardziej porywających (niemalże w dosłownym znaczeniu tego słowa) występów, jednak muszę przyznać, że takiej ekstazy na koncercie rock'owym po prostu nie widziałem. Stąd duma, a później zaduma z dźwięczącym w uszach zagadnieniem - jak dokonać czegoś podobnego w Polsce? Jak zorganizować koncert doskonały? Jak zagrać koncert doskonały? Do takich niewątpliwie sobotni występ EODM należał. . .
PS Mimo wszystko nie da się ukryć, że EODM zawdzięczają popularność podciągnięciu grupy pod osobę Josha Homme'a, drugiego lidera zespołu, który jednak z racji obowiązków związanych z macierzystym Queens of The Stone Age, nie zwykł brać udziału w trasach koncertowych Orłów Metalu Śmierci. Ciężko mi uwierzyć, że bez takiego wsparcia Jessie odniósłby taki sam sukces.
Kidriv
