przez następujące tezy, które kiedyś sobie wykoncypowałem, a które nagle przestałem rozumieć:
1. Nie ma wiary bez rozumu.
2. Rozum i wiara. Dwie różne rzeczywistości.
3. Rozumnie jest wierzyć.
- Tam, gdzie wierzę, nie rozumiem.
- Rozumiem, że wierzę.
4. Wiara religijna nie jest sprzeczna z faktami.
5. Przeczucie. Jedyny element wspólny wiary i doświadczenia.
6. Powiedzieć 1-5 może tylko ten, kto wierzy.
Pytanie do tych, którzy lubują się w wyszukiwaniu herezji. Czy któraś z tych tez jest heretycka :)?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wiara. Pokaż wszystkie posty
środa, 3 marca 2010
poniedziałek, 6 kwietnia 2009
Krew Chrystusa
Obejrzałem właśnie "Ostatnie kuszenie Chrystusa" w reżyserii Martina Scorsese. Tak się składa, że aktualnie czytam też "Mężczyznę z Nazaretu" Anthony'ego Burgessa (autora m.in. "Mechanicznej pomarańczy"). Ponadto - pewnie, jak każdy, kto oglądał kiedyś świąteczną TV - obejrzałem już mnóstwo filmów traktujących o życiu i śmierci Jezusa. Poczynając od "Króla Królów" z Jeffreyem Hunterem w roli Jezusa, przez "Jesus Christ Superstar" z Tedem Neeley'em, aż po "Pasję" z Jimem Cavazielem. W filmie Scorsese Jezusa grał jeden z moich ulubionych aktorów: Willem Dafoe. Boże wybacz, ale to był naprawdę brzydki Jezus. Jednak świetnie zagrany.
Powyższe napisałem nie po to, żeby się pochwalić tym, jaki to jestem obeznany z kinematografią. Bo nie jestem. Napisałem to, ponieważ za każdym razem, gdy oglądam film, bądź czytam książkę o Jezusie, nasuwa mi się pewne spostrzeżenie. Otóż twórcom nie wystarcza ortodoksja. Może za wyjątkiem (niekoniecznie chlubnym) "Pasji", wszyscy starają się upchać jak najwięcej pomiędzy to, czego zmieniać im nie wypada. Scorsese jest w tym mistrzem. Nie dziwię się, dlaczego Kościół zakazywał wiernym oglądać ten film. Chrystus jeszcze na krzyżu doświadcza pokus "normalnego życia". Życia czysto ludzkiego, bez bożego balastu zbawiania świata. Doświadcza pokusy fizycznej na tyle mocnej, że - jak sugeruje reżyser - w pewien sposób jej ulega. Wierni faktycznie nie powinni widzieć Jezusa uprawiającego seks z Marią Magdaleną. Bądźmy szczerzy: nie zrozumieliby, albo zrozumieliby opacznie. Wydaje mi się, że mimo kościelnej cenzury, sam Scorsese jako praktykujący katolik, ekskomuniką obłożony nie został. Świadczy to o mądrości Kościoła, który umie zastosować zasadę hierarchiczności w praktyce. Uderza, że w wielu produkcjach pominięty jest motyw Zmartwychwstania. A bez Zmartwychwstania "nasza wiara" byłaby martwa. Obawiam się, że pod przykrywką intelektualnej prowokacji, kryje się tutaj po prostu strach przed jawną deklaracją: Jezus był Bogiem. Artyści też ludzie. Mają swoje wątpliwości i pewnie odczuwają je mocniej niż ci zwyczajni zjadacze chleba. Wydaje mi się jednak, że rozprawiają się z nimi często po linii najmniejszego oporu. Odsuwając je w czasie. Filmy i książki, które piszą są tego żywym świadectwem. Nazwałbym to intelektualizowaniem miłości. Tej boskiej oczywiście. Dylematy ukryte w pytaniu "Czy Jezus uprawiał sex?" stają się już po prostu nudne i w istocie nikłej wagi. To przez to, że porusza się je tak często. W odróżnieniu od kwestii zmartwychwstania, która jest marginalizowana. A jest, jak już powiedziałem, zdecydowanie najistotniejsza. W "Jesus Christ Superstar", "Królu Królów" i "Ostatnim..." ważniejsze od niego są nawet zagadnienia polityczne. Nie przekonuje mnie to. Sztuka rodzi się z wątpliwości, to fakt, ale punkt przyłożenia tych wątpliwości jest moim zdaniem niewłaściwy. Z czego to wynika? Myślę, że to intelektualny balast nowoczesności, z wciąż żywym, mimo że przez akademików wyśmiewanym coraz częściej, Freudem i Marksem. Oni wiele zepsuli w postrzeganiu świata. Nadgryzli tradycję i niewiadomo teraz, co z tym robić. Jest to też wynik kierunku w jakim poszła katecheza Kościoła. Do problemów trzeciorzędnych zaczęto przykładać pierwszorzędną wagę. Życie płciowe młodzieży na przykład. Okazuje się, że czyste pozbawione sprośności myśli są ważniejsze od cnót takich, jak uczciwość, czy męstwo.
Mimo zastrzeżeń, sądzę że filmy i książki o Jezusie, które jakoś uzupełniają ewangeliczne opisy są potrzebne. Świadczą o mimo wszystko żywej wciąż potrzebie transcendencji. Znaczy: jeszcze nie wszystko stracone.
Powyższe napisałem nie po to, żeby się pochwalić tym, jaki to jestem obeznany z kinematografią. Bo nie jestem. Napisałem to, ponieważ za każdym razem, gdy oglądam film, bądź czytam książkę o Jezusie, nasuwa mi się pewne spostrzeżenie. Otóż twórcom nie wystarcza ortodoksja. Może za wyjątkiem (niekoniecznie chlubnym) "Pasji", wszyscy starają się upchać jak najwięcej pomiędzy to, czego zmieniać im nie wypada. Scorsese jest w tym mistrzem. Nie dziwię się, dlaczego Kościół zakazywał wiernym oglądać ten film. Chrystus jeszcze na krzyżu doświadcza pokus "normalnego życia". Życia czysto ludzkiego, bez bożego balastu zbawiania świata. Doświadcza pokusy fizycznej na tyle mocnej, że - jak sugeruje reżyser - w pewien sposób jej ulega. Wierni faktycznie nie powinni widzieć Jezusa uprawiającego seks z Marią Magdaleną. Bądźmy szczerzy: nie zrozumieliby, albo zrozumieliby opacznie. Wydaje mi się, że mimo kościelnej cenzury, sam Scorsese jako praktykujący katolik, ekskomuniką obłożony nie został. Świadczy to o mądrości Kościoła, który umie zastosować zasadę hierarchiczności w praktyce. Uderza, że w wielu produkcjach pominięty jest motyw Zmartwychwstania. A bez Zmartwychwstania "nasza wiara" byłaby martwa. Obawiam się, że pod przykrywką intelektualnej prowokacji, kryje się tutaj po prostu strach przed jawną deklaracją: Jezus był Bogiem. Artyści też ludzie. Mają swoje wątpliwości i pewnie odczuwają je mocniej niż ci zwyczajni zjadacze chleba. Wydaje mi się jednak, że rozprawiają się z nimi często po linii najmniejszego oporu. Odsuwając je w czasie. Filmy i książki, które piszą są tego żywym świadectwem. Nazwałbym to intelektualizowaniem miłości. Tej boskiej oczywiście. Dylematy ukryte w pytaniu "Czy Jezus uprawiał sex?" stają się już po prostu nudne i w istocie nikłej wagi. To przez to, że porusza się je tak często. W odróżnieniu od kwestii zmartwychwstania, która jest marginalizowana. A jest, jak już powiedziałem, zdecydowanie najistotniejsza. W "Jesus Christ Superstar", "Królu Królów" i "Ostatnim..." ważniejsze od niego są nawet zagadnienia polityczne. Nie przekonuje mnie to. Sztuka rodzi się z wątpliwości, to fakt, ale punkt przyłożenia tych wątpliwości jest moim zdaniem niewłaściwy. Z czego to wynika? Myślę, że to intelektualny balast nowoczesności, z wciąż żywym, mimo że przez akademików wyśmiewanym coraz częściej, Freudem i Marksem. Oni wiele zepsuli w postrzeganiu świata. Nadgryzli tradycję i niewiadomo teraz, co z tym robić. Jest to też wynik kierunku w jakim poszła katecheza Kościoła. Do problemów trzeciorzędnych zaczęto przykładać pierwszorzędną wagę. Życie płciowe młodzieży na przykład. Okazuje się, że czyste pozbawione sprośności myśli są ważniejsze od cnót takich, jak uczciwość, czy męstwo.
Mimo zastrzeżeń, sądzę że filmy i książki o Jezusie, które jakoś uzupełniają ewangeliczne opisy są potrzebne. Świadczą o mimo wszystko żywej wciąż potrzebie transcendencji. Znaczy: jeszcze nie wszystko stracone.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
