Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mama. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mama. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 lutego 2010

Mądry człowiek kontra gruby Michael Moore

John Stossel jest według mnie jednym z najlepszych dziennikarzy FoxNews, polecam generalnie wszystkiego jego programy, ale ten zlinkowany poniżej lubię wyjątkowo. Rozprawia się w nim z mitem, którego propagatorem jest niejaki Michael Moore. Otóż zdaniem pana Moore'a służba zdrowia w USA jest tak tragiczna, że nawet Kubańczycy mają lepiej! Żeby ten stan poprawić, Moore proponuje radykalną reformę: totalne upaństwowienie prywatnej służby zdrowia w Stanach Zjednoczonych. Z tym właśnie dyskutuje John Stossel. Problem oczywiście jest uniwersalny i na naszym polskim podwórku równie istotny.

piątek, 22 stycznia 2010

Bary, piwo, nowi ludzie i herbata

Ta myśl chodzi mi po głowie od dłuższego czasu. To rodzaj obserwacji kulturowej, tak myślę. Jest to typ refleksji, który - przynajmniej w teorii - powinien mieć praktyczne zastosowanie.

Jak opisać najprościej studenta? Sądzę, że tak: student to ktoś, kto lubi się bawić i musi się uczyć. Taką definicję podsuwa mi już moje niemal 5 lat studenckiego żywota. Większość moich znajomych wyznaje takie credo. Większość traktuje studia jak przymus, a zabawę jako swoiste od tego przymusu wybawienie, czasem - cel życia. Można powiedzieć, że do pewnego momentu wyznawałem takie credo i ja.

Zacząłem się jednak zastanawiać, na czym ta zabawa polega, a rezultat tych rozważań to bardzo, ale to bardzo smutne wnioski. Po pierwsze, scharakteryzujmy po krótce, na czym taka zabawa polega. Trzeba tu rozróżnić dwie kategorie zabawy: domowa i klubowa.

Zabawa domowa polega z reguły na tym, że studenci umawiają się, że tego a tego dnia o tej a o tej godzinie spotykają się u danego kolegi/koleżanki. Na miejscu z reguły gra bardziej lub mniej miła muzyczka i oferowany jest skromny catering. Studenci przychodzą i pierwsze, co robią, to otwierają przyniesione ze sobą alkohole. Piją je, rozmawiając o różnych z reguły luźnych sprawach. Powoli się upijają, mówią głośno, coraz głośniej, tańczą. Zaczynają rozmawiać o poważnych sprawach. Najczęściej: o Bogu, miłości i seksie. Czasem nawet kłócą się. Rozmowy te to jedna wielka kupa banałów, którym powab nadaje jedynie studencka hulanka. Że niby bohema, czy coś w tym stylu. Ok. godziny 00.00 ludzie kojarzą się w pary. Niektórzy, co bardziej cnotliwi, testują tylko niewinne pocałunki. Rozwiąźli - szukają intymnych miejsc. Bezwstydni - bawią się ładnie, gdzie popadnie. Samotnicy, nieudacznicy i zasadniczy wciąż rozmawiają o Bogu. Impreza się końcy ok. 3/4 nad ranem. Ludzie skacowani wracają do domów. Niektórzy mają także kaca moralnego. Inni - estetycznego ("jaka ona gruba i brzydka była"..."). Są też zadowoleni. To ci, którym wystarcza po prostu się, mówiąc gwarą studencką, najebać.

Zabawa w barze/pubie jest bardzo dziwna (może nawet Kidriv o tym kiedyś już pisał). Dziwniejsza od zabawy w domu o tyle, że trudno tam prowadzić rozmowy o czymkolwiek. Jeśli się jednak na to zdecydujesz, mocno nadwerężasz sobie struny głosowe. Cała reszta przebiega mniej więcej tak samo. Pary, tańce, intymne miejsca. Często intymne miejsca to po prostu toalety. Czasem zabiera się kogoś "do siebie". Oczywiście, z rana kac i nerwowe przeszukiwanie portfela. Imprezy w barach i pubach są bardziej kosztowne od "domówek".

Czy powyższe opisy brzmią atrakcyjnie? W pewnym sensie tak: seks jest fajny. Ale ostateczny bilans jest negatywny. Dlaczego? Przede wszystkim cała zabawa sprowadza się do niemyślenia. To niemyślenie trwa przez kilka długich godzin i, przyznajmy, jest niezywkle przyjemne. Potem z rana, gdy doskwiera kac, niemyślenie nie jest już przyjemne. Jest przymusowe. Ponadto, z reguły jedna porządna hulanka to jeden wieczór, noc i połowa następnego dnia wyjęte z życiorysu. Więc, jeśli miałeś jakieś konkretne plany na popołudnie - nie miej złudzeń! Zamiast je realizować, będziesz spał snem przerywanym wycieczkami do toalety.

Podsumujmy to, co w 'imprezowaniu' negatywne:
- strata pieniędzy
- strata zdrowia (słuch, gardło, czasem: tryper)
- pomyłki co do atrakcyjności nowopoznanych ludzi, czyli strata szacunku do samego siebie
- strata czasu, który można by wykorzystać o wiele produktywniej

Co więc studentów do zabawy ciągnie? Czasami nie potrafią tego wyjaśnić, czasami nazywają to "poznawaniem nowych ludzi". To przecież takie fajne, jeśli można poznać kogoś nowego. Innego. Mającego inne poglądy, wiarę, pochodzącego z innego zakątka kraju/świata. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że wszystko byłoby ładnie, pięknie, gdyby to była prawda. Tzn. że da się poznać nowych ludzi na imprezach. Owszem, da się jeśli przez poznawanie rozumiemy przedstawianie się sobie i pieprzenie po kątach. 'Hello, I love you, won't you tell me your name?' jak śpiewał nieoceniony Morrison. Jeśli jednak przez poznawanie rozumiemy prawdziwą rozmowę, prawdziwe staranie o wniknięcie w czyjąś duszę, wtedy, wybacznce, studenckie imprezy, okazują się parodią. Poza tym, choć kocham ludzi, to muszę przyznać, że wśród studentów jest tyle buców, że naprawdę trafienie na kogoś wartego poznania graniczy z cudem.

Gdy liczę godziny, które spędziłem przez ostatnie 5 lat na imprezowaniu, łapię się za głowę. Najlepsze lata życia spędziłem na robieniu niczego. Miałem tyle ambicji, planów, które okazały się tylko mrzonkami. Właśnie dlatego, że wolałem 'poznawanie nowych ludzi'. Skuteczne to było lekarstwo na świadomość, że każde pojedyncze zamierzenie i plan wiąże się z wysiłkiem, pracą. To była doskonała wymówka, żeby tego wysiłku nie podejmować. Żeby być jednym ze studentów, którzy po prostu studiują i chleją.

Dzisiaj po ok. miesięcznej przerwie od imprezek poszedłem do pubu, żeby się przekonać, że mam rację. I faktycznie - niczego, naprawdę niczego się nie nauczyłem, niczego nie zyskałem. Straciłem pieniądze, zmęczyłem struny głosowe, zmarnowałem czas.

Teraz siedzę i piję herbatę. Mam ochotę pisać. I piszę. Tylko trochę już na to za późno.

Sted

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Sylwester z dupą

Czas najwyższy przyznać, że polski rynek działa znakomicie. Przepędza gamoni i niedojdy z oczu tłumów dokładnie wtedy, kiedy trzeba. Innymi słowy – wie, kiedy przestać.

Jestem daleki od przewidywania końca pewnych norm ustalonych we współczesnej muzyce. Wieszczyć ludziom koniec czegokolwiek (o, świata na przykład) obecnie można jedynie w kinematografii (swoją drogą z miernym skutkiem – patrz film ‘2012’). Uspokajam więc wszelkich malkonentów potencjalnych – nie będzie dziś przemądrzałych dywagacji. Będą zaś suche fakty i komentarz adekwatny do sytuacji.

Istnieje w internecie strona o adresie www.pudelek.pl Wszyscy wiemy, na czym się opiera jej działalność. Na plotce. Popularny to serwis – każdy mniej lub bardziej świadomie łasy jest na wzloty i upadki tych i owych. Wspólnie więc robimy nagonkę na Nergala, lidera zespołu Behemoth, ze względu na jego romans z kiczowatą i cukierową Dorotą Rabczewską. Niedowierzamy informacji na temat odwołania koncertu Britney Spears w Polsce. Szydzimy z wygórowanego ego wokalisty zespołu Feel, trzymającego wysoki poziom mimo spadku w notowaniach list przebojów. Czysty przykład robienia dobrej miny do złej gry. Piotr Kupicha cieszy się dumnie z platynowej, czy tam złotej płyty już w dniu premiery najnowszego krążka. Kupicha zgarnął "platynę" na podstawie szacowanej liczby kopii, które powędrowały do sklepów. Czy ktoś je kupi, czy będą jednak zalegały na półkch i w konsekwencji wylądują w Tesco za 4,99? Ta sprawa nie obchodzi już nikogo. A powinna, Panie Kupicha, powinna, bo potem jest zdziwienie i konsternacja, że pustki na koncert i trza odwoływać.

Innymi słowy – biznes robi swoje na przekór zainteresowaniu od strony najważniejszej, czyli ludzkiej. Feel stacza się do roli gwiazd tabloidów, niwelując przy tym obecność swojej muzyki w mediach do minimum, którym charakteryzują się wykonawcy wręcz undergroundowi. Tymczasem underground ma się coraz lepiej. Milionów dolarów na koncie może nie widać, puszczania w nonMTV też nie sposób uświadczyć... I dobrze, gdyż wykonawcy niszowi stawiają raczej (to słowo ‘raczej’ jest bardzo istotne) na profesjonalizm zarówno koncertowy, jak i marketingowy. Nie ma w nim miejsca na wywiady dotyczące prywatnego życia w "Vivie", ani na sesje zdjęciowe nad grobem ojca również w "Vivie", ani tym bardziej na dołączanie swoich wydanych na szybciutko płyt z przeróbkami kolęd - także, oczywiście, w "Vivie". Tak dzieje się na przekór wszystkim w polskim biznesie. Gwarantuję Państwu, że skończy tak każdy sprzedajno-popowo-nijaki wykonawca, jeśli nie będzie miał ciut oleju w głowie i nie zboczy z kierunku oznaczonego etykietą ‘wykonawca=produkt służący dowartościowaniu się gawiedzi”. Proszę brać przykład z Gabriela Fleszara, który słusznie przeniósł się na przysłowiową ‘ulicę’, na której lepiej mu się wiedzie, bo komercyjny hit, którego nazwa chwilowo wyleciała mi z głowy, nie przyniósł mu zlota.

Rynek jednak wciąż się kręci, dzięki Pudelkowi, szmatławcom, wielkim koncertom i Eurowizji. A niech się kręci! Prawdziwych artystów nic to nie obchodzi. Większość polskich wykonawców nie ma chyba aż tak niskich ambicji, że ich realizację zapewnia im wegetacja na Sylwestrze z Jedynką. Tego się trzymam i ja – Kidriv Muzykant. Dowidzenia.

PS Nie bójcie się – przejdźcie się na kilka koncertów niereklamowanych w telewizji publicznej. Się możecie zdziwić mile.

piątek, 3 lipca 2009

Pośmiertny atak miłości

Michael Jackson budził w sercach tłumu namiętność nieprzeciętną: na jego śmierć świat zareagował podobnie jak cztery lata temu na śmierć Papieża. Tłumy gromadziły się pod szpitalem, w którym umierał Jackson podobnie jak wtedy - pod oknem apartamentu, w którym umierał Papież, I podobnie jak wtedy buddyjscy mnisi odprawili nabożeństwo w intencji, a największe gwiazdy i politycy (z Kwaśniewskim i Madonną włącznie) złożyli światu kondolencje. Do pełni ekstazy brakowało tylko szaleństwa zwykłych Polaków, którzy - w mniemaniu mediów przynajmniej - powinni tłumnie zebrać sie na placach, rynkach i polach, by wspólnie odśpiewać niezapomniane "You are not alone" albo zatańczyć w rytm "Billie Jean". Trzeba było coś zrobić z tym karygodnym brakiem spontaniczności. Ogłoszono więc, że jednak są spontaniczni, bo setki fanów zbiorą się pod warszawskim metrem, by uczcić śmierć swojego idola minutą ciszy. Cała sprawa była oczywiście zmontowana i w żadnym wypadku spontaniczna. Na placu metra tłoczno jest niemal zawsze, tym bardziej, jeśli na jego środku umiejscowią się wozy transmisyjne i miliard reporterów. "Coś się musiało stać" - myślą sobie wtedy przechodnie i podchodzą sprawdzić, co; robi się faktycznie duży tłum, a przebiegły dziennikarz z tym tłumem w tle komentuje: "Setki zapłakanych twarzy fanów Jacksona wyraża tylko jedno: tęsknimy i pamiętamy."

Jackson umarł. Jak wielu innych - umiera. Był świetnym piosenkarzem, niesamowitym showmanem. Był zagubionym i zdziecinniałym człowiekiem, którego zniszczył wpojony mu przez rodziców pęd do sławy i pieniędzy. Nie potrafił stworzyć szczęśliwej rodziny, nie potrafił oprzeć się destrukcyjnym wpływom otoczenia. Dodatkowo - był wrakiem człowieka i najprawdopodobniej nie stworzyłby już nigdy nic wartościowego. Nie umarł więc artysta - ten umarł już dawno. I już dawno należało odprawić pogrzebowy obrządek. Umarł człowiek, któremu nie należało się uwielbienie i któremu nie potrzeba składanych przez fanów deklaracji miłości. Potrzeba mu - jeśli istnieje Bóg i dusza nieśmiertelna - jedynie modlitwy. Ale o tym ani Kwaśniewski, ani redaktorzy tygodników, ani Madonna, ani większość z nas nie pamięta.

wtorek, 23 czerwca 2009

Translegitki (jesteśmy w dupie)

Janusz Kochanowski, aktualnie Rzecznik Praw Obywatelskich, a swego czasu zwolennik PiS (z ramienia tej partii kandydował do Parlamentu Europejskiego), zgłosił do ministra spraw wewnętrznych i administracji, Grzesia Schetyny, przezabawny projekt. Chce, by transseksualistom wydawano specjalne legitymacje z dwoma zdjęciami. Trzeba bowiem szanować "trzecią płeć".

Rozumiem, że jedno z tych zdjęć będzie przedstawiać danego "transa" po operacji zmiany płci, a drugie przed? Zabawne, że nikt nie zauważa, nikt z rycerzy tolerancji i postępu, że wyrabianie tego rodzaju legitymacji to jeden ze sposóbów stygmatyzacji tych biednych ludzi.

Przy okazji tej sprawy warto zauważyć, jak sprytnie transwestyci dołączyli do seksualnych grup emancypacyjnych. Dotąd mówiło się raczej o gejach i lesbijkach, a tu nagle praw zaczęli się domagać także i oni. Jest to świadectwem prawdziwości starego powiedzenia, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. W momencie, gdy zboczeńcy uświadomili sobie, że popiera ich duża polityczna siła (Unia Europejska), powoli zaczęli radykalizować swoje postulaty oraz poszerzać pakiet tego, co jest według nich normalne.

Niestety, polscy politycy, w przeciwieństwie do np. litewskich (ci uchwalili zakaz promocji homoseksualizmu), nie są na tyle odważni, by powiedzieć "nie" zapędom zboczeńców. Dlatego należy się spodziewać raczej "skandynawizacji" polskiej rzeczywistości obyczajowej, niż powrotu do tradycyjnego postrzegania moralności.

niedziela, 10 maja 2009

Nolan i inni, czyli tajemnica kinowego sukcesu

Czego brakuje polskim filmom, a może szerzej (choć nie tak stanowczo) - filmom europejskim? Dobrych aktorów? Dobrych reżyserów? Wartkiej akcji, czy może po prostu pieniędzy?

Nie. Brakuje im interesujących fabuł.


Z pozoru fabuła to nic wielkiego: zawiązanie akcji, rozwój, punkt kulminacyjny, rozwiązanie. Każdy potrafi coś takiego sprawnie sklecić, prawda? Uczyliśmy się o tym w szkole, czytaliśmy książki, oglądaliśmy filmy i mamy wiedzę. Stąd już kroczek do dzieła sztuki. Tak jest, prawda? Odpowiedź jest oczywista. Nie widziałem, ani jednego polskiego filmu, ani nawet filmu europejskiego (może poza kilkoma brytyjskimi produkcjami), których fabuły były zaskakujące. Ani jednego filmu na miarę "The Prestige", braci Nolan, którzy potrafili z opowiadania Christophera Priesta zrobić fascynujący film, w którym faktycznie nic nie jest pewne, który zaskakuje nawet w tych momentach, w których - tak nam się wydaje - nie może się nic więcej wydarzyć. W tym filmie każda scena ma znaczenie, każde słowo i gest są uzasadnione finałem, w którym układanka, którą już ułożyliśmy rozsypuje się. Z pokorą musimy przekonać się, że
to, co nam wydawało się istotne dla fabuły było oszustwem, a nasze detektywistyczne ambicje rozbiły się o szczegóły. Potem wyrzucamy sobie: "Przecież mogłem się domyślić!" Ileż wyobraźni potrzeba, ile konsekwencji i samodyscypliny, żeby napisać scenariusz wywołujący taki efekt! I właśnie takich ludzi, piszących takie scenariusze brakuje w naszym kinie. Braci Nolan wybrałem jako świeży okaz, jako autorów naprawdę niezwykłego "Memento", czy genialnego "The Dark Knight".

Bo co z tego, że my w Europie mamy filmy filozoficzne? Że mamy von Triera? Von Trier to blagier, gdyby Bóg nie dał mu zdolności łączenia kina z teatrem (pod tym względem jest boski), nie przedstawiałby żadnej wartości. Co z tego, że mamy Bergmana, Felliniego, Passoliniego, Bertolucciego? Docenić ich trzeba za pewne walory: poetyckość, wyszukaną a nie prostacką perwersyjność, ale jednocześnie przyznać: są odszczepieńczą gałęzią kinematogriafii. Wytworzyli pewną sztywną formę, której europejczycy nie wiedzieć czemu starają się za wszelką cenę trzymać. O ile oni sami byli w niej mistrzami, o tyle epigoni trącą banałem, pseudointelektualizmem i łatwizną. Tak, jak nie wystarczy założyć szalik i krzyczeć, że się ma mdłości, by być Sartrem, tak nie wystarczy dużo gadać i przeciągać scen w nieskończoność, by być Bergmanem, czy Herzogiem. Zresztą ten ostatni, co warto odnotować, jest chyba najbardziej wszechstronnym europejskim reżyserem i jednym jaśniejszych punktów na jej czarnawej mapie. Kręcił i dokumenty i filmy mocno intelektualne, kręcił filmy-obrazy (takim jest "Nosferatu Wampir"), stworzył nawet filmy w stylu hollywoodzkim ("Rescue Dawn"). Niestety, Herzgów nowych na razie nie widać. Teraz mamy Xawerych Żuławskich, co to kręcą filmy na podstawie Masłowskiej i uważają się za awangardę (zresztą może i powinni, awangarda rzadko oznaczała coś interesującego), mamy też jakichś , jeśli mnie pamięć nie myli, Francuzików, robiących antynazistowskie horrory (antynazizm! to się im przypomniało trochę po niewczasie).

A myśmy kinematograficznie powinni się wyzwolić! Jak? Przepis jest prosty: korzystajmy z naszego dziedzictwa. Zacznijmy czerpać wzory z wielkiej literatury, z Dostojewskiego, z Hugo, z Dumasa, którzy fabuły pisali nie lada. Dokładnie tak, jak Nolanowie, zaskakiwali w najmniej spodziewanych momentach. To nic trudnego, tylko trzeba ćwiczyć wyobraźnię nie tylko w pustej buntowniczości (bunt dla współczesnego twórcy, czy to kina czy to teatru, wydaje się być kategorią tyleż podstawową, co bezprzedmiotową), ale przede wszystkim w kreatywności na polu, by się tak trywialnie wyrazić, klecenia i opowiadania historii.

Sted

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Krew Chrystusa

Obejrzałem właśnie "Ostatnie kuszenie Chrystusa" w reżyserii Martina Scorsese. Tak się składa, że aktualnie czytam też "Mężczyznę z Nazaretu" Anthony'ego Burgessa (autora m.in. "Mechanicznej pomarańczy"). Ponadto - pewnie, jak każdy, kto oglądał kiedyś świąteczną TV - obejrzałem już mnóstwo filmów traktujących o życiu i śmierci Jezusa. Poczynając od "Króla Królów" z Jeffreyem Hunterem w roli Jezusa, przez "Jesus Christ Superstar" z Tedem Neeley'em, aż po "Pasję" z Jimem Cavazielem. W filmie Scorsese Jezusa grał jeden z moich ulubionych aktorów: Willem Dafoe. Boże wybacz, ale to był naprawdę brzydki Jezus. Jednak świetnie zagrany.

Powyższe napisałem nie po to, żeby się pochwalić tym, jaki to jestem obeznany z kinematografią. Bo nie jestem. Napisałem to, ponieważ za każdym razem, gdy oglądam film, bądź czytam książkę o Jezusie, nasuwa mi się pewne spostrzeżenie. Otóż twórcom nie wystarcza ortodoksja. Może za wyjątkiem (niekoniecznie chlubnym) "Pasji", wszyscy starają się upchać jak najwięcej pomiędzy to, czego zmieniać im nie wypada. Scorsese jest w tym mistrzem. Nie dziwię się, dlaczego Kościół zakazywał wiernym oglądać ten film. Chrystus jeszcze na krzyżu doświadcza pokus "normalnego życia". Życia czysto ludzkiego, bez bożego balastu zbawiania świata. Doświadcza pokusy fizycznej na tyle mocnej, że - jak sugeruje reżyser - w pewien sposób jej ulega. Wierni faktycznie nie powinni widzieć Jezusa uprawiającego seks z Marią Magdaleną. Bądźmy szczerzy: nie zrozumieliby, albo zrozumieliby opacznie. Wydaje mi się, że mimo kościelnej cenzury, sam Scorsese jako praktykujący katolik, ekskomuniką obłożony nie został. Świadczy to o mądrości Kościoła, który umie zastosować zasadę hierarchiczności w praktyce. Uderza, że w wielu produkcjach pominięty jest motyw Zmartwychwstania. A bez Zmartwychwstania "nasza wiara" byłaby martwa. Obawiam się, że pod przykrywką intelektualnej prowokacji, kryje się tutaj po prostu strach przed jawną deklaracją: Jezus był Bogiem. Artyści też ludzie. Mają swoje wątpliwości i pewnie odczuwają je mocniej niż ci zwyczajni zjadacze chleba. Wydaje mi się jednak, że rozprawiają się z nimi często po linii najmniejszego oporu. Odsuwając je w czasie. Filmy i książki, które piszą są tego żywym świadectwem. Nazwałbym to intelektualizowaniem miłości. Tej boskiej oczywiście. Dylematy ukryte w pytaniu "Czy Jezus uprawiał sex?" stają się już po prostu nudne i w istocie nikłej wagi. To przez to, że porusza się je tak często. W odróżnieniu od kwestii zmartwychwstania, która jest marginalizowana. A jest, jak już powiedziałem, zdecydowanie najistotniejsza. W "Jesus Christ Superstar", "Królu Królów" i "Ostatnim..." ważniejsze od niego są nawet zagadnienia polityczne. Nie przekonuje mnie to. Sztuka rodzi się z wątpliwości, to fakt, ale punkt przyłożenia tych wątpliwości jest moim zdaniem niewłaściwy. Z czego to wynika? Myślę, że to intelektualny balast nowoczesności, z wciąż żywym, mimo że przez akademików wyśmiewanym coraz częściej, Freudem i Marksem. Oni wiele zepsuli w postrzeganiu świata. Nadgryzli tradycję i niewiadomo teraz, co z tym robić. Jest to też wynik kierunku w jakim poszła katecheza Kościoła. Do problemów trzeciorzędnych zaczęto przykładać pierwszorzędną wagę. Życie płciowe młodzieży na przykład. Okazuje się, że czyste pozbawione sprośności myśli są ważniejsze od cnót takich, jak uczciwość, czy męstwo.

Mimo zastrzeżeń, sądzę że filmy i książki o Jezusie, które jakoś uzupełniają ewangeliczne opisy są potrzebne. Świadczą o mimo wszystko żywej wciąż potrzebie transcendencji. Znaczy: jeszcze nie wszystko stracone.

poniedziałek, 30 marca 2009

Wstęp do sztuki współczesnej

Współczesnym przedstawicielom konserwatywnego myślenia o sztuce weszło już w krew umartwianie się nad jej losem. Dokąd zmierza? Dlaczego zboczyła z obranego wieki temu kierunku? Jak to możliwe, ze do głosu doszła postmodernistyczna dowolność? Są to pytania, na które odpowiedź znaleźć nietrudno. Wystarczy sięgnąć pamięcią do pierwszej wojny światowej, kiedy to w bólach narodził się dadaizm.

Hans Richter w swojej książce "Dadaizm" przyjmuje za moment narodzin dadaizmu, przyjazd Hugo Balla do Zurychu i założenie przez niego "Cabaret Voltaire". Nastąpiło to w dniu urodzin mojej siostry, czyli piątego lutego, roku zaś 1916. Szwajcaria była krajem neutralnym w trakcie Pierwszej Wojny Światowej, nie dziwi więc swoboda z jaką nowy ruch się rozwijał. Piątego lutego miało miejsce pierwsze wystąpienie rodzącej się właśnie grupy, które od razu wywołało nie lada sensację. Dadaizm bowiem okazał się nie mieć nic wspólnego z dotychczasową sztuką, mało tego!, z premedytacją się od takowej odcinał. Dadaistów łączyła wspólna chęć destrukcji w ramach odreagowania okropieństw wojny. Destrukcyjność owa przejawiała się w realizowaniu coraz bardziej abstrakcyjnych pomysłów, od symultanicznych wierszy począwszy, a skończywszy na stworzeniu choćby maszyny do robienia wrzasków. Na domiar złego, stałym fragmentem wystąpień dada było systematyczne obrażanie publiczności, wyzywanie jej od najgorszych i stałe prowokowanie. Niestety, gdy opinia publiczna zwęszyła w dadaizmie sensację, przymknęła oko na inwektywy pod swoim adresem.

Właściwie przymknęła oko na wszystko. Nazwano dadaizm sztuką i wepchnięto go na salony. To wszystko mimo wszelkich starań, których dadaiści dołożyli do tego, aby o ich tworach nie myślano w ten sposób. Specjalnie ukuty termin "antysztuka" nie jest przecież wyssany z palca. Antysztuka miała być z założenia sztuki przeciwieństwem i to skrajnym do granic możliwości. Nie da się ukryć, że te granice z resztą nieraz przekraczano (przypadek Arthura Cravana). Niemniej dadaizmu przed zaklasyfikowaniem nie dało się widocznie uniknąć. W efekcie nawet kolumnę Kurta Schwittersa należało uznać za dzieło sztuki. Właśnie takie rozumowanie zgubiło sztukę późniejszą.

Gdyby dadaizm pozostał na manowcach i działał jedynie w imię buntu i nihilizmu (jak miał w planach), a sztuka podążała własnym torem, problemu najprawdopodobniej by nie było. Kiedy zaś sława nowego, intrygującego kierunku, dała się odczuć samym jego twórcom, ci wnet sami zapragnęli i sławy, i poważania i zapewne profitów. I posypało się. Dadaizm przekształcił się w surrealizm, który można nazwać bardziej przystępnym jego obliczem. Dadaizm jednak dał też wytyczne pod kierunek zwany postmodernizmem, który, można by rzec, uprawomocnił zanik sztuki wartościowej i pozwolił na dojście do głosu tandecie i prostactwu. Sam dadaizm był interesujący jedynie jako zjawisko. Nie oszukujmy się, żaden Tzara, czy Duchamp nie stworzyli jakiegokolwiek dzieła sztuki. Gdyby nie afera wokół ready-made's, czy spopularyzowanie techniki kolażu, o dadaizmie zapomnianoby równie szybko, jak on sam by o sobie zapomniał. Z resztą, koniec dadaizmu był nieuniknionym (acz ostatnim) etapem jego rozwoju. Wiadomo, jak niszczyć, to wszystko, łącznie z samym sobą. Szkoda tylko, że nieświadomie pociągnął za sobą w piekielne otchłanie sztukę przez duże S.

Kidriv

[na zdjęciu arcydzieło polskiego artysty współczesnego o nazwisku Sasnal - Sted]

wtorek, 24 marca 2009

Zagubiony mężczyzna, czyli dlaczego nie rozumiem klubowiczów?

Jakiś czas temu obiecałem posta dotyczącego m.in. afterparty po koncercie Eagles Of Death Metal. Sprostuję na wstępie, że nie chodziło mi o rozpisywanie się nad zaletami czy wadami tej konkretnej domówki (bo to, gwoli przypomnienia, domówka była). Takie wskazywanie palcem, byłoby równie niepotrzebne, co niestosowne.

Plan zakładał, jak zwykle to bywa, uogólnienie sprawy i przedstawienie możliwości imprezowania z punktu widzenia kogoś w rodzaju 'prawdziwego mężczyzny'.
Niekoniecznie tego z "Poradnika Prawdziwego Mężczyzny" (Kto to taki? Odsyłam na youtube.com). Na myśli mam raczej młodzieńca odpowiednio zdystansowanego do świata. Wystarczająco zdystansowanego, ażeby gardzić skrajnościami, w które mężczyzna może popaść. Skrajności te oscylują wokół dwóch: ekstremum menela oraz ekstremum bycia wylansowanych "kryptopedałem" (wybaczcie, przejąłem słownictwo z "Poradnika Prawdziwego Mężczyzny"... albo nie wybaczajcie). Syndrom menela na pierwszy rzut oka zdaje się skrajnością gorszą. Wiadomo, z czym kojarzy się bycie menelem: ze smrodem, brakiem pieniędzy i nadmiarem chęci na używki. Plus (lub zarazem) - niepowodzeniem u płci przeciwnej. Nie dajcie się jednak zwieść pozorom! Syndrom bycia
wylansowanym do granic możliwości młodzieńcem także niesie za sobą wiele niedogodności. Możnaby pokusić się o tezę, że w tym wypadku zwiększające się powodzenie u płci przeciwnej jest wprost proporcjonalne do spadku wartości, które charakteryzują mężczyznę od wieków (lub wręcz z samej zasady!). Dlatego wybieramy złoty środek, nie grzebiąc się w odchyleniach, w jakąkolwiek z podanych stron. Będąc więc takim mężczyzną, nie stroniącym od alkoholu, lubiącym się ze znajomymi napić i pogadać o pierdołach lub o sprawach poważnych, nie stroniącym również od towarzystwa dziewcząt, wpadam w końcu na pomysł, żeby gdzieś to wszystko zrealizować. Pojawia się pytanie:

Gdzie może się wybrać mężczyzna?

Oto jest pytanie! Domówki bowiem odpadają. Jak dobrze młodzieży wiadomo, impreza w stylu 'domówka' zdecydowanie wycofała się do lamusa. Nie czas jednak na rozważanie wyższości takiej formy zabawy od innych (choć i na to przyjdzie pora!). Brak domówki zrekompensować mają w dzisiejszych czasach tzw. beforki... przepraszam... "b4'ki", których rozwinięciem jest nowoczesna wersja niegdysiejszego pójścia w tango. Nazywa się to dziś rajdem po klubach, czyli 'clubbingiem'. Dla mężczyzny jednak te dwa wyrażenia - 'pójście w tango' i 'rajd po klubach' zdecydowanie się wykluczają! Facet idąc w tango, na myśli ma zabawę totalną, tj. bez żadnych ograniczeń. Jeśli ktoś czytał powieść Dostojewskiego pt. "Bracia Karamazow", to wie doskonale jak wyglądało kiedyś prawdziwe 'imprezowanie'. Poczciwy Mitka trzy dni i trzy noce z cyganami rozpijał kolejne skrzynki szampana, tańcując hulając i swawoląc! Nie licząc się z konsekwencjami, których jednak był doskonale świadomy.

Tak było w wieku XIX. Przez większą część wieku XX wieku takie zabawy wciąż były na porządku dziennym. Nagle jednak czar prysł i zdecydowano przestawić się na ściśle kontrolowane spędzanie wolnego czasu.

Czym jest w praktyce wyjście do klubu? Jest to konwenans, pewien wymóg czasów, któremu należy się podporządkować, żeby nie wyjść na odizolowanego '"freak'a". Ludzie lgną do różnych zbiorowości; nie od dziś wiadomo, że uwielbiają się organizować i być rozumianymi przez innych. No cóż, ja do tych innych zdecydowanie nie należę. Myślę, że wszelkie wątpliwości wyjaśnię, odwołując się do wyliczenia 'korzyści' płynących z wspólnego wyjścia do jakiegoś klubu, czy innej dyskoteki. Otóż, instytucja klubu dyskotekowego została zaplanowana tak, ażeby nie można było w żaden sposób podjąć próby integracji z kimkolwiek. Nie wspominając nawet o rozmowie ze swoimi współtowarzyszami. Wchodząc do takiego miejsca, z każdej strony "na dzieńdobry" ogłuszeni zostajemy decybelami wykluczającymi rozmowę w normalnym tego słowa znaczeniu. Zostaje krzyk i ew. pokazywanie na migi. Po cóż bowiem w klubie rozmawiać? No tak, zapomniałbym. Do klubu idzie się potańczyć. Niemniej, w klubie znajduje się nieźle zaopatrzony bar, więc choćby z przyzwoitości należałoby się lekko podchmielić. Niech będzie, że nawet wstawić. Nie wszyscy przecież potrafią wywijać hołubce na parkiecie w pozycji trzeźwej. Chętnie wydajemy w takim miejscu kilkadziesiąt złotych, nie licząc się z 100, lub nawet 200 procentową cenową przebitką. Ubożsi o pięć dyszek, ale bogatsi o promile, dziarsko szukamy miejsca, w którym można przycupnąć na chwilę, tuż przed muzycznym szaleństwem. Duża jednak szansa, że takiego miejsca po prostu nie znajdziemy przez niebotyczny tłok, jaki w takim miejscu panuje. No cóż, nieważne, znów działa argument, że 'przyszło się tu na tańce'. Idziemy więc na tańce. Na tańcach tłum również nieznośny, muzyka zaś nie do końca przekonująca (Ważna uwaga! W dzisiejszych czasach dla większości ludzi muzyka już jest nieistotna, liczy się elektronicznie i równo wybijany prostacki rytm, więc argument z niezadowolenia z muzyki należy odrzucić).

Etc., etc., czas się zbliżać do podsumowania, które jest tu szalenie istotne. Otóż - kluby stworzone zostały nie do tego, aby zapewnić godziwą rozrywkę bywalcom. Zostały stworzone po to, aby rozrywki tej ludzi pozbawić! A przy okazji na nich zarobić.

W jaki sposób mam czerpać przyjemność z bycia w miejscu gdzie nie mogę się do nikogo odezwać bez podnoszenia głosu, nie mogę wręcz nikogo zobaczyć, gdyż wszędzie jest ciemno, nie mogę kupić czegokolwiek, nie stojąc w kilometrowej kolejce i nie płacąc znacznie więcej niż powinienem, nie mogę wreszcie potańczyć do lubianej przeze mnie muzyki, a na dodatek przed wejściem muszę jeszcze zapłacić za wstęp?? No, wybaczą Państwo, nie mogę. Kto może? Tego szkoda.


Dlaczego więc domówki odeszły hen hen za horyzont? Nie wie żaden. I nie chce wiedzieć.

Dlaczego w końcu mężczyzna nie może znaleźć ukojenia w wieczornych wyjściach? Ano z braku knajp przystosowanych do ożywionych dyskusji, sprzyjających integracji bywalców w trakcie spożywania napojów wyskokowych o rozsądnych cenach. No i oczywiście z racji ciągłego zwiększania się ogólnospołecznej chęci przebywania w klubach. Świadczy to, myślę, raczej o pewnego rodzaju wstydliwości i lenistwie, a może nawet i świadomości swojej niemocy w normalnej dyskusji. Nie chcę mi się po prostu wierzyć, że chodzimy tam z czystej przyjemności i naprawdę ją znajdujemy.

Nie oszukujmy się, ludzie głupieją, więc kwestią czasu było przeniesienie poziomu ich rozrywek na niższy. W efekcie, kawiarnie artystyczne, stoliki literackie i big-bitowe potańcówki nie są w stanie nawet w grobie się przewrócić.


PS Osobiście znalazłem i gościłem nagminnie w co najmniej dwóch idealnie przystosowanych pubach dla mężczyzny starej daty. Niestety, każdy z nich z czasem rozpoczął transformację, mającą na celu przyciągnięcie większej klienteli. Zabiegi te być może się udały, nie wiem, mnie już tam nie było w tym czasie. Z powodów wiadomych.

Kidriv