Dzisiaj troszeczkę autoreklamy. I Kidriv i Sted, jak niektórym wiadomo, są zaangażowani w mniej lub bardziej poważne projekty muzyczne.
Gdyby ktoś chciał posłuchać, co gra Kidriv, warto by zajrzał tutaj - http://www.myspace.com/vagitarianspl
Jeśli zaś chciałby posłuchać, co śpiewa (śpiewał, bo piosenki są sprzed kilku lat) Sted, niech zajrzy tu http://www.myspace.com/stedweinstein
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kurewski sex. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kurewski sex. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 8 lutego 2010
poniedziałek, 3 sierpnia 2009
Sylwester z dupą
Czas najwyższy przyznać, że polski rynek działa znakomicie. Przepędza gamoni i niedojdy z oczu tłumów dokładnie wtedy, kiedy trzeba. Innymi słowy – wie, kiedy przestać.Jestem daleki od przewidywania końca pewnych norm ustalonych we współczesnej muzyce. Wieszczyć ludziom koniec czegokolwiek (o, świata na przykład) obecnie można jedynie w kinematografii (swoją drogą z miernym skutkiem – patrz film ‘2012’). Uspokajam więc wszelkich malkonentów potencjalnych – nie będzie dziś przemądrzałych dywagacji. Będą zaś suche fakty i komentarz adekwatny do sytuacji.
Istnieje w internecie strona o adresie www.pudelek.pl Wszyscy wiemy, na czym się opiera jej działalność. Na plotce. Popularny to serwis – każdy mniej lub bardziej świadomie łasy jest na wzloty i upadki tych i owych. Wspólnie więc robimy nagonkę na Nergala, lidera zespołu Behemoth, ze względu na jego romans z kiczowatą i cukierową Dorotą Rabczewską. Niedowierzamy informacji na temat odwołania koncertu Britney Spears w Polsce. Szydzimy z wygórowanego ego wokalisty zespołu Feel, trzymającego wysoki poziom mimo spadku w notowaniach list przebojów. Czysty przykład robienia dobrej miny do złej gry. Piotr Kupicha cieszy się dumnie z platynowej, czy tam złotej płyty już w dniu premiery najnowszego krążka. Kupicha zgarnął "platynę" na podstawie szacowanej liczby kopii, które powędrowały do sklepów. Czy ktoś je kupi, czy będą jednak zalegały na półkch i w konsekwencji wylądują w Tesco za 4,99? Ta sprawa nie obchodzi już nikogo. A powinna, Panie Kupicha, powinna, bo potem jest zdziwienie i konsternacja, że pustki na koncert i trza odwoływać.
Innymi słowy – biznes robi swoje na przekór zainteresowaniu od strony najważniejszej, czyli ludzkiej. Feel stacza się do roli gwiazd tabloidów, niwelując przy tym obecność swojej muzyki w mediach do minimum, którym charakteryzują się wykonawcy wręcz undergroundowi. Tymczasem underground ma się coraz lepiej. Milionów dolarów na koncie może nie widać, puszczania w nonMTV też nie sposób uświadczyć... I dobrze, gdyż wykonawcy niszowi stawiają raczej (to słowo ‘raczej’ jest bardzo istotne) na profesjonalizm zarówno koncertowy, jak i marketingowy. Nie ma w nim miejsca na wywiady dotyczące prywatnego życia w "Vivie", ani na sesje zdjęciowe nad grobem ojca również w "Vivie", ani tym bardziej na dołączanie swoich wydanych na szybciutko płyt z przeróbkami kolęd - także, oczywiście, w "Vivie". Tak dzieje się na przekór wszystkim w polskim biznesie. Gwarantuję Państwu, że skończy tak każdy sprzedajno-popowo-nijaki wykonawca, jeśli nie będzie miał ciut oleju w głowie i nie zboczy z kierunku oznaczonego etykietą ‘wykonawca=produkt służący dowartościowaniu się gawiedzi”. Proszę brać przykład z Gabriela Fleszara, który słusznie przeniósł się na przysłowiową ‘ulicę’, na której lepiej mu się wiedzie, bo komercyjny hit, którego nazwa chwilowo wyleciała mi z głowy, nie przyniósł mu zlota.
Rynek jednak wciąż się kręci, dzięki Pudelkowi, szmatławcom, wielkim koncertom i Eurowizji. A niech się kręci! Prawdziwych artystów nic to nie obchodzi. Większość polskich wykonawców nie ma chyba aż tak niskich ambicji, że ich realizację zapewnia im wegetacja na Sylwestrze z Jedynką. Tego się trzymam i ja – Kidriv Muzykant. Dowidzenia.
PS Nie bójcie się – przejdźcie się na kilka koncertów niereklamowanych w telewizji publicznej. Się możecie zdziwić mile.
Etykiety:
ciocia,
doda,
dzidziuś,
humory polskie,
Jaruś i Tusku,
kurewski sex,
mama,
tata
czwartek, 30 lipca 2009
Zmiana nazwy bloga
Postanowiłem (Kidriv jeszcze nie wie, bo jest na Bahama, ale mu kiedyś powiem), że zmienię nazwę bloga na krótszą. Chwilę pomyślałem i przypomniało mi się słowo, które kiedyś wymyśliłem - bardzo mądre i nic nieznaczące. Oto więc przedstawiam Wam ZAZAJANĘ!
Etykiety:
doda,
dupa,
euro 2012,
kurewski sex,
ładna zabawa,
psotnik,
tanie pokoje,
wakacje,
warszawa
wtorek, 23 czerwca 2009
Translegitki (jesteśmy w dupie)
Janusz Kochanowski, aktualnie Rzecznik Praw Obywatelskich, a swego czasu zwolennik PiS (z ramienia tej partii kandydował do Parlamentu Europejskiego), zgłosił do ministra spraw wewnętrznych i administracji, Grzesia Schetyny, przezabawny projekt. Chce, by transseksualistom wydawano specjalne legitymacje z dwoma zdjęciami. Trzeba bowiem szanować "trzecią płeć".
Rozumiem, że jedno z tych zdjęć będzie przedstawiać danego "transa" po operacji zmiany płci, a drugie przed? Zabawne, że nikt nie zauważa, nikt z rycerzy tolerancji i postępu, że wyrabianie tego rodzaju legitymacji to jeden ze sposóbów stygmatyzacji tych biednych ludzi.
Przy okazji tej sprawy warto zauważyć, jak sprytnie transwestyci dołączyli do seksualnych grup emancypacyjnych. Dotąd mówiło się raczej o gejach i lesbijkach, a tu nagle praw zaczęli się domagać także i oni. Jest to świadectwem prawdziwości starego powiedzenia, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. W momencie, gdy zboczeńcy uświadomili sobie, że popiera ich duża polityczna siła (Unia Europejska), powoli zaczęli radykalizować swoje postulaty oraz poszerzać pakiet tego, co jest według nich normalne.
Niestety, polscy politycy, w przeciwieństwie do np. litewskich (ci uchwalili zakaz promocji homoseksualizmu), nie są na tyle odważni, by powiedzieć "nie" zapędom zboczeńców. Dlatego należy się spodziewać raczej "skandynawizacji" polskiej rzeczywistości obyczajowej, niż powrotu do tradycyjnego postrzegania moralności.
Rozumiem, że jedno z tych zdjęć będzie przedstawiać danego "transa" po operacji zmiany płci, a drugie przed? Zabawne, że nikt nie zauważa, nikt z rycerzy tolerancji i postępu, że wyrabianie tego rodzaju legitymacji to jeden ze sposóbów stygmatyzacji tych biednych ludzi.
Przy okazji tej sprawy warto zauważyć, jak sprytnie transwestyci dołączyli do seksualnych grup emancypacyjnych. Dotąd mówiło się raczej o gejach i lesbijkach, a tu nagle praw zaczęli się domagać także i oni. Jest to świadectwem prawdziwości starego powiedzenia, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. W momencie, gdy zboczeńcy uświadomili sobie, że popiera ich duża polityczna siła (Unia Europejska), powoli zaczęli radykalizować swoje postulaty oraz poszerzać pakiet tego, co jest według nich normalne.
Niestety, polscy politycy, w przeciwieństwie do np. litewskich (ci uchwalili zakaz promocji homoseksualizmu), nie są na tyle odważni, by powiedzieć "nie" zapędom zboczeńców. Dlatego należy się spodziewać raczej "skandynawizacji" polskiej rzeczywistości obyczajowej, niż powrotu do tradycyjnego postrzegania moralności.
Etykiety:
geje,
homoseksualizm,
kurewski sex,
lesbijki,
mama,
pedały,
tata
niedziela, 7 czerwca 2009
Cisza wyborcza, wyborcza abstynecja i wolny wybór
Tak dużo pisaliśmy na blogu o wyborach, które się dzisiaj odbywają, że trudno nam się powstrzymać przed złamaniem ciszy wyborczej i wyrażeniu poparcia dla partii X albo Y.
Tak... Bardzo trudno. Zobaczymy, czy się uda, a jak nie, to, Czytelniku, wio z donosem do prokuratury! Zemścisz się przy okazji za to, że musisz czytać nasze ciągłe narzekanie: nałożą na nas 2 miliony złotych grzywny!
Najbardziej ciekawi mnie frekwencja tych wyborów. Ja na przykład nie idę; nie wiem, jak Kidriv, ale sądzę, że także postanowił wyrządzić krzywdę swoim dzieciom i ojczyźnie i do urny nie iść. Mam nadzieję, że Polki i Polacy pójdą w nasze ślady, czyli też nie pójdą. Że nie poddadzą się propagandzie, że w wyborach uczestniczyć trzeba. Ja uczestniczyłem dotąd regularnie i co mi z tego przyszło? Tusku i Kaczyńsku. No, to ja się wypisuję. Jestem zwolennikiem teorii, że nieudzielenie poparcia żadnej partii to także wybór. Jeśli dokonuje go większość obywateli to nie znaczy, że są leniwi, albo nie są dobrymi obywatelami, a raczej, że istniejący system nie ma legitymacji narodu. Zwłaszcza jeśli ta wyborcza abstynencja ma miejsce przy okazji większości wborów. No i - zgodnie z arystotelesowską logiką - system, który jest jej przyczyną, powinien ulec samorozwiązaniu. W konstytucji stoi: "Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu". I tego się trzymać należy.
Sted
PS Rzygać mi się chce od słuchania zdegenerowanych demokratów, którzy twierdzą, że ludzie są wolni tylko przy urnach.
Tak... Bardzo trudno. Zobaczymy, czy się uda, a jak nie, to, Czytelniku, wio z donosem do prokuratury! Zemścisz się przy okazji za to, że musisz czytać nasze ciągłe narzekanie: nałożą na nas 2 miliony złotych grzywny!
Najbardziej ciekawi mnie frekwencja tych wyborów. Ja na przykład nie idę; nie wiem, jak Kidriv, ale sądzę, że także postanowił wyrządzić krzywdę swoim dzieciom i ojczyźnie i do urny nie iść. Mam nadzieję, że Polki i Polacy pójdą w nasze ślady, czyli też nie pójdą. Że nie poddadzą się propagandzie, że w wyborach uczestniczyć trzeba. Ja uczestniczyłem dotąd regularnie i co mi z tego przyszło? Tusku i Kaczyńsku. No, to ja się wypisuję. Jestem zwolennikiem teorii, że nieudzielenie poparcia żadnej partii to także wybór. Jeśli dokonuje go większość obywateli to nie znaczy, że są leniwi, albo nie są dobrymi obywatelami, a raczej, że istniejący system nie ma legitymacji narodu. Zwłaszcza jeśli ta wyborcza abstynencja ma miejsce przy okazji większości wborów. No i - zgodnie z arystotelesowską logiką - system, który jest jej przyczyną, powinien ulec samorozwiązaniu. W konstytucji stoi: "Władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu". I tego się trzymać należy.
Sted
PS Rzygać mi się chce od słuchania zdegenerowanych demokratów, którzy twierdzą, że ludzie są wolni tylko przy urnach.
Etykiety:
dupa,
kobieta piękna i ponętna,
kurewski sex,
marian,
wybory
wtorek, 2 czerwca 2009
Nie ma się czym chwalić, Lars!
STED:
Lars von Trier, którego dotychczasowe kino lubiłem, mimo że nie było to łatwe kino, tym razem stworzył wyjątkowego gniota. "Antychryst" miał być filmem na miarę "Dziecka Rosemary", a jest filmem, przy którym polski horror klasy B "Pora mroku" to arcydzieło. Nudne dialogi, których da się słuchać tylko dzięki wyśmienitym aktorom (Dafoe jak zwykle nie rozczarowuje), pretensjonalne ujęcia (w filmie trzy, może cztery sceny są atrakcyjne wizualnie), brak sensownej fabuły, za to nieuzasadnione aspiracje do bycia filmem psychologicznym i zupełnie zbędna przemoc. Lars, czy naprawdę, by zrobić z kobiety antychrysta trzeba pozbawić ją warg sromowych? Czy, żeby ukazać naturę, jako "kościół Szatana" trzeba pokazywać lisy wyjadające własne wnętrzności? Tak, jeśli ma się ambicję szokować.
[Nie streszczam fabuły filmu, polecam IMDB.COM]
Von Trier dużo mówił o tym, że kręcąc film miał depresję i - jako że jest on niepoprawnym ekstrawertykiem - musiało dojść do odbicia jego tymczasowego stanu psychicznego w filmie. Von Trier chciał po prostu poinformować świat o stanie swojej psychiki. Zrobił to, 'sztuka' miała być rodzajem autoterapii i faktycznie - okazało się, że Lars to biedny, pełen sprzeczności zagubiony człowiek. Autoterapia się chyba udała, bo na konferencji prasowej w Cannes dotyczącej "Antychrysta" Duńczyk tryskał dobrym humorem. Być może odnalazł swoją ścieżkę, jak śpiewają amerykańscy piosenkarze. Problem w tym, że na tej nowej drodze zagubiła się gdzieś sztuka. Von Trier, pozując na wielkiego intelektualistę, poupychał w film masę mniej lub bardziej wysublimowanych symboli i odniesień, które być może miałyby jakąś wartość, gdyby jednocześnie nie pozbawił filmu wyrazistej intrygi. I gdyby dialogi były mniej infantylne. A tak Duńczyk udowodnił jedynie, że przeczytał kilka historycznych niekoniecznie aktualnych książek o inkwizycji (nawiązanie do palenia na stosie kobiet, będących wcielonym złem), czy że obejrzał obrazy klasyków (wizualne odwołania m.in. do "Piekła" Boscha). Nic poza tym. Ani to nowe (A. Jodorowski robił to już dawno i o wiele lepiej - vide: "Święta góra"), ani finezyjne.
Niektórzy na forach internetowych pisali, że Ci, którym film się nie podoba są niedojrzali emocjonalnie. Bo podobno, żeby zrozumieć, trzeba - jak główni bohaterowie - stracić kogoś bliskiego. Inni pisali, że krytycy są po prostu nieoczytani i niekulturalni i nie rozumieją tych wielce wysublimowanych intertekstualnych nawiązań. Przytaczam te argumenty, które są tak głupie, że nie wymagają polemiki, żeby pokazać, że "Antychrysta" obronić się nie da.
PS Zabawne, że do wypromowania tego filmu starczył wymowny i zaczepny tytuł. Że też ludzie nie mają dość po "Aniołach i demonach"! Tak! Te filmy, tak różne w formie, bez wątpienia podobne są w jednym: napastliwym wykorzystaniu religii jako marketingowego koła zamachowego. Nic nie wywołuje takiego zainteresowania i aprobaty, jak jazda po Chrystusie.
KIDRIV:
Polacy umieją docenić fakt, że traktuje się ich jak pełnoprawnych obywateli świata. Dostaliśmy do kin film "Antychryst" z szybkością błyskawicy, nie dziwi więc, dlaczego rzuciliśmy się tłumnie, by go obejrzeć. Tak, tak, to Polska zaliczyła największą oglądalność tego dziełka w pierwszy weekend po premierze. Wariactwo. Pocieszmy się tym, że Von Trier też nie jest do końca normalny.
Jest zwariowany. Oczekuje się od niego produkcji ponadczasowych, trudnych do zrozumienia, inteligentnych, interesujących, ale i nietypowych. „Antychryst” posiada tylko drugą z tych cech. Zazwyczaj jednak mówiąc o filmie ‘trudny do zrozumienia’, mamy na myśli opozycję do ‘powierzchowny’, ‘prostacki’. Tym razem owa trudność polega na odniesieniu do zamysłu towarzyszącego nakręceniu tego typu obrazu. „Antychryst” jest słaby, a wciąga tylko z racji oczekiwań wobec reżysera. Na oczekiwaniach się kończy, legenda Von Triera jest jedynym i to pozornym atutem całości. Po jego obejrzeniu byłem pewien, że nie zdarzy mi się powrócić do tego ‘szatana’. Mimo biegającej i masturbującej się Charlotte Gainbsourgh.
To nie tak, że wzgardziłem grą aktorską, zdjęciami (które momentami są naprawdę znakomite), czy inną częścią składową filmu. To, co mnie zirytowało to niezrozumiale ‘skacząca’ fabuła, a także pozorny symbolizm, który wydaje się tak głęboki, że włosy z głowy wyrywałby sobie sam David Lynch. Dlaczego zaś nie wrócę do filmu? Dlatego, że zostałem nabrany, nabity w butelkę wręcz. Dlatego, że to miał być horror. Film, który trzyma w napięciu, który powoduje, że widzowie czekają skupieni na tym, co się za chwilę może wydarzyć. „Antychryst” tego napięcia jest pozbawiony. Gdybyśmy nie znali nazwiska reżysera i scenarzysty, niczym nie mógłby nas ująć, nie miałby czym przykuć czy wbić w fotel. Nie zaznałem co prawda totalnej nudy w kinie Atlantic, ale przyznam się, że doświadczyłem w zamian za to radości, że na bilet wydałem tylko 13 złotych (mimo że był weekend). To o czymś świadczy (pewnie o mojej ignorancji – rzekną obrońcy przeintelektualizowania w kulturze).
Nie dość, że horror, to jeszcze pornograficzny! – tak krzyczały nagłówki gazet. Pornografia nie szokuje już przeciętnego człowieka, sceny z waginą czy siusiaczkiem są zupełnie normalne. Nie szokuje nawet miażdżenie jąder i masturbacja zranionego prącia – nie szokuje, a skutecznie obrzydza nastrój. Pomijam fakt, że w zapewne w według reżysera najbardziej i symbolicznych i przerażających momentach, publika dosłownie wybuchała śmiechem. Szaleństwo Von Triera zaprawdę nie zna granic.
Nie jest to film, który zasługuje na szacunek "inteligencji". Nie jest to film, do którego chce się wrócić...i wreszcie... Jest to film, który absolutnie każdy jest w stanie nakręcić we własnym domowym zaciszu. Czy to świadczy o jego uniwersalności? Nie sądzę. Śmiem wątpić, moi drodzy!
Lars von Trier, którego dotychczasowe kino lubiłem, mimo że nie było to łatwe kino, tym razem stworzył wyjątkowego gniota. "Antychryst" miał być filmem na miarę "Dziecka Rosemary", a jest filmem, przy którym polski horror klasy B "Pora mroku" to arcydzieło. Nudne dialogi, których da się słuchać tylko dzięki wyśmienitym aktorom (Dafoe jak zwykle nie rozczarowuje), pretensjonalne ujęcia (w filmie trzy, może cztery sceny są atrakcyjne wizualnie), brak sensownej fabuły, za to nieuzasadnione aspiracje do bycia filmem psychologicznym i zupełnie zbędna przemoc. Lars, czy naprawdę, by zrobić z kobiety antychrysta trzeba pozbawić ją warg sromowych? Czy, żeby ukazać naturę, jako "kościół Szatana" trzeba pokazywać lisy wyjadające własne wnętrzności? Tak, jeśli ma się ambicję szokować.
[Nie streszczam fabuły filmu, polecam IMDB.COM]
Von Trier dużo mówił o tym, że kręcąc film miał depresję i - jako że jest on niepoprawnym ekstrawertykiem - musiało dojść do odbicia jego tymczasowego stanu psychicznego w filmie. Von Trier chciał po prostu poinformować świat o stanie swojej psychiki. Zrobił to, 'sztuka' miała być rodzajem autoterapii i faktycznie - okazało się, że Lars to biedny, pełen sprzeczności zagubiony człowiek. Autoterapia się chyba udała, bo na konferencji prasowej w Cannes dotyczącej "Antychrysta" Duńczyk tryskał dobrym humorem. Być może odnalazł swoją ścieżkę, jak śpiewają amerykańscy piosenkarze. Problem w tym, że na tej nowej drodze zagubiła się gdzieś sztuka. Von Trier, pozując na wielkiego intelektualistę, poupychał w film masę mniej lub bardziej wysublimowanych symboli i odniesień, które być może miałyby jakąś wartość, gdyby jednocześnie nie pozbawił filmu wyrazistej intrygi. I gdyby dialogi były mniej infantylne. A tak Duńczyk udowodnił jedynie, że przeczytał kilka historycznych niekoniecznie aktualnych książek o inkwizycji (nawiązanie do palenia na stosie kobiet, będących wcielonym złem), czy że obejrzał obrazy klasyków (wizualne odwołania m.in. do "Piekła" Boscha). Nic poza tym. Ani to nowe (A. Jodorowski robił to już dawno i o wiele lepiej - vide: "Święta góra"), ani finezyjne.
Niektórzy na forach internetowych pisali, że Ci, którym film się nie podoba są niedojrzali emocjonalnie. Bo podobno, żeby zrozumieć, trzeba - jak główni bohaterowie - stracić kogoś bliskiego. Inni pisali, że krytycy są po prostu nieoczytani i niekulturalni i nie rozumieją tych wielce wysublimowanych intertekstualnych nawiązań. Przytaczam te argumenty, które są tak głupie, że nie wymagają polemiki, żeby pokazać, że "Antychrysta" obronić się nie da.
PS Zabawne, że do wypromowania tego filmu starczył wymowny i zaczepny tytuł. Że też ludzie nie mają dość po "Aniołach i demonach"! Tak! Te filmy, tak różne w formie, bez wątpienia podobne są w jednym: napastliwym wykorzystaniu religii jako marketingowego koła zamachowego. Nic nie wywołuje takiego zainteresowania i aprobaty, jak jazda po Chrystusie.
KIDRIV:
Polacy umieją docenić fakt, że traktuje się ich jak pełnoprawnych obywateli świata. Dostaliśmy do kin film "Antychryst" z szybkością błyskawicy, nie dziwi więc, dlaczego rzuciliśmy się tłumnie, by go obejrzeć. Tak, tak, to Polska zaliczyła największą oglądalność tego dziełka w pierwszy weekend po premierze. Wariactwo. Pocieszmy się tym, że Von Trier też nie jest do końca normalny.
Jest zwariowany. Oczekuje się od niego produkcji ponadczasowych, trudnych do zrozumienia, inteligentnych, interesujących, ale i nietypowych. „Antychryst” posiada tylko drugą z tych cech. Zazwyczaj jednak mówiąc o filmie ‘trudny do zrozumienia’, mamy na myśli opozycję do ‘powierzchowny’, ‘prostacki’. Tym razem owa trudność polega na odniesieniu do zamysłu towarzyszącego nakręceniu tego typu obrazu. „Antychryst” jest słaby, a wciąga tylko z racji oczekiwań wobec reżysera. Na oczekiwaniach się kończy, legenda Von Triera jest jedynym i to pozornym atutem całości. Po jego obejrzeniu byłem pewien, że nie zdarzy mi się powrócić do tego ‘szatana’. Mimo biegającej i masturbującej się Charlotte Gainbsourgh.
To nie tak, że wzgardziłem grą aktorską, zdjęciami (które momentami są naprawdę znakomite), czy inną częścią składową filmu. To, co mnie zirytowało to niezrozumiale ‘skacząca’ fabuła, a także pozorny symbolizm, który wydaje się tak głęboki, że włosy z głowy wyrywałby sobie sam David Lynch. Dlaczego zaś nie wrócę do filmu? Dlatego, że zostałem nabrany, nabity w butelkę wręcz. Dlatego, że to miał być horror. Film, który trzyma w napięciu, który powoduje, że widzowie czekają skupieni na tym, co się za chwilę może wydarzyć. „Antychryst” tego napięcia jest pozbawiony. Gdybyśmy nie znali nazwiska reżysera i scenarzysty, niczym nie mógłby nas ująć, nie miałby czym przykuć czy wbić w fotel. Nie zaznałem co prawda totalnej nudy w kinie Atlantic, ale przyznam się, że doświadczyłem w zamian za to radości, że na bilet wydałem tylko 13 złotych (mimo że był weekend). To o czymś świadczy (pewnie o mojej ignorancji – rzekną obrońcy przeintelektualizowania w kulturze).
Nie dość, że horror, to jeszcze pornograficzny! – tak krzyczały nagłówki gazet. Pornografia nie szokuje już przeciętnego człowieka, sceny z waginą czy siusiaczkiem są zupełnie normalne. Nie szokuje nawet miażdżenie jąder i masturbacja zranionego prącia – nie szokuje, a skutecznie obrzydza nastrój. Pomijam fakt, że w zapewne w według reżysera najbardziej i symbolicznych i przerażających momentach, publika dosłownie wybuchała śmiechem. Szaleństwo Von Triera zaprawdę nie zna granic.
Nie jest to film, który zasługuje na szacunek "inteligencji". Nie jest to film, do którego chce się wrócić...i wreszcie... Jest to film, który absolutnie każdy jest w stanie nakręcić we własnym domowym zaciszu. Czy to świadczy o jego uniwersalności? Nie sądzę. Śmiem wątpić, moi drodzy!
Etykiety:
antychryst,
barcelona,
doda,
drań,
kurewski sex,
polska,
spears
niedziela, 31 maja 2009
Scjentyzm jako wiara
Drogi Czytelniku, jeśli sądzisz, że ślepa wiara w rozstrzygnięcia nauki umarła wraz pozytywizmem, mylisz się srogo. Ona żyje i jest jeszcze bardziej ślepa.Zilustruję przykładem. Dania to piękny kraj, a stolica jej - Kopenhaga - to istne cudo. Duńczycy są szczęśliwi, państwo zapewnia im dobrobyt, a i oni oni sami pracują nań ciężko. Są uśmiechnięci i przyjaźni, bo mają w zasadzie wszystko. Dodatkowo pozbyli się balastu, który nam, Polakom, jeszcze ciąży. Balastu wiary religijnej. Przechodząc reprezentacyjną ulicą Kopenhagi o nazwie dla Polaka niemal niemożliwej do wymówienia - Strøget, zobaczyłem mężczyznę, grającego i śpiewającego "Imagine" Beatlesów. "Wyobraź sobie, że nie ma nieba, religii", itd. Otóż oni właśnie sobie to wszystko wyobrazili. Oni wszyscy (a przynajmniej 80% z nich, którzy deklarują się jako ateiści) są marzycielami, a ich dreams came true.
Ale człowiek to zwierzę religijne, w coś wierzyć musi. Inaczej wyraz szczęścia na jego twarzy staje się swoją własną karykaturą. Duńczycy wierzą więc jednak - w globalne ocieplenia. Wierzą, że to my, ludzie, mamy olbrzymi wpływ na to, jak wygląda ziemski klimat. I że naszym moralnym obowiązkiem jest zadbać o przyszłe pokolenia, by nie zalały ich wściekłe oceaniczne wody. Trzeba przyznać, że ideę wdrażają w życie z podziwu godnym rozmachem. Oszczędzają energię na czym tylko się da, ograniczają emisję CO2, nie śmiecą, nie zużywają niepotrzebnych rzeczy. Chcą, by do 2020 roku Kopengaga była miastem 'zeroemisyjnym'. To jest ich cel, a dyskusja nad jego zasadnością jest zakazana. Jest tak jak mówią naukowcy z Międzynarodowego Panelu ds. Zmian Klimatycznych (IPCC). To, że gro naukowców (i to nie wyrzutków, a sław nauki) nie zgadza się z wieloma tezami IPCC, w tym głównymi o wpływie człowieka na klimat, nie jest dla Duńczyków istotne. Wierzą oni nie tylko, że nauka ma rację, ale że rację mają konkretni państwowo licencjonowani naukowcy-urzędnicy. Wydaje się dla nich zupełnie nieistotne, że istnieją mocne dowody nawet przeciwko rdzennej tezie o 'ociepleniu' klimatu. Nie starają się ich zbadać, wierzą w autorytet nauki firmowanej tylko przez IPCC.
Ja osobiście nie mam pojęcia, jak z tym klimatem naprawdę jest. Ale mam świadomość, że moja ocena tych kwestii jest zawsze w odwołaniu do jakichś autorytetów. I - rozumując w prosty sposób,- jeśli dwóch naukowców się w czymś nie zgadza, jako całkowity laik nie mam po prostu narzędzi, by rozróżnić, który z nich ma rację. Nie mam więc podstaw, by pójść tropem Duńczyków i jednemu z nich zawierzyć całe swoje życie i wszystkie swoje pieniądze. W dziedzinie własnych kompetencji naukowych jestem sceptykiem. Duńczyk jest zaś w tej mierze nie tyle realistą, co raczej fideistą. On tak bardzo wierzy jednemu z tych naukowców i tak bardzo ignoruje drugiego, że jest ostatecznie pewien, że to, co pierwszy głosi to prawda absolutna.
Czas na konkluzje. Jak widać społeczeństwo ateistyczne to utopia. Ludzka natura każe po prostu w coś wierzyć. I w tej materii wolę polski ciemnogród, z wiarą w dobrego Boga, z Kościołem Katolickim, niż duńskie oświecenie z wiarą w to, że człowiek jest w stanie z pomocą techniki sterować globalnym klimatem. Innymi słowy: Duńczycy wierzą, że to człowiek jest ostatecznym twórcą i to od niego wszystko zależy. To współcześni gnostycy. Co jest niezwykle skrajnym przypadkiem nieumiejętności rozpoznania tego, co możemy, a czego nie możemy. Czyli zwyczajną ślepotą.
Ja osobiście nie mam pojęcia, jak z tym klimatem naprawdę jest. Ale mam świadomość, że moja ocena tych kwestii jest zawsze w odwołaniu do jakichś autorytetów. I - rozumując w prosty sposób,- jeśli dwóch naukowców się w czymś nie zgadza, jako całkowity laik nie mam po prostu narzędzi, by rozróżnić, który z nich ma rację. Nie mam więc podstaw, by pójść tropem Duńczyków i jednemu z nich zawierzyć całe swoje życie i wszystkie swoje pieniądze. W dziedzinie własnych kompetencji naukowych jestem sceptykiem. Duńczyk jest zaś w tej mierze nie tyle realistą, co raczej fideistą. On tak bardzo wierzy jednemu z tych naukowców i tak bardzo ignoruje drugiego, że jest ostatecznie pewien, że to, co pierwszy głosi to prawda absolutna.
Czas na konkluzje. Jak widać społeczeństwo ateistyczne to utopia. Ludzka natura każe po prostu w coś wierzyć. I w tej materii wolę polski ciemnogród, z wiarą w dobrego Boga, z Kościołem Katolickim, niż duńskie oświecenie z wiarą w to, że człowiek jest w stanie z pomocą techniki sterować globalnym klimatem. Innymi słowy: Duńczycy wierzą, że to człowiek jest ostatecznym twórcą i to od niego wszystko zależy. To współcześni gnostycy. Co jest niezwykle skrajnym przypadkiem nieumiejętności rozpoznania tego, co możemy, a czego nie możemy. Czyli zwyczajną ślepotą.
Etykiety:
doda,
globane ocieplenie,
kurewski sex,
madonna,
palikot
niedziela, 24 maja 2009
Nienaturalna demokracja
Głoszenie takich rzeczy:"Masy lub większość nie są w stanie zdobyć naturalnego autorytetu (taki autorytet można przypisać jednostce), toteż rządy demokratyczne mogą uzyskać status legalności tylko w sposób nienaturalny - najczęściej na drodze wojny lub rewolucji. Tylko w działaniach takich jak wojna lub rewolucja masy występują zgodnie, a zwycięstwo jest wynikiem ich wysiłku i tylko w takich wyjątkowych okolicznościach większość może zdobyć uprawnienia niezbędne do przekształcenia rządu we własność publiczną."
Hans-Hermann Hoppe "Demokracja. Bóg, który zawiódł". Fjior Publishing, Warszawa 2006
zgodnie z logiką poniższego:
"Zdumienie budzą politycy i publicyści, którzy deklarują łagodne traktowanie takich ugrupowań i nieuznawanie ich za wrogów demorkacji (...). Natomiast dla ugrupowań politycznych o niedemokratycznej strukturze, ugrupowań, które znalazłyby się w parlamencie, nie może być demokratycznej tolerancji, ponieważ są to realni i groźni wrogowie demokracji".
Marcin Król, "Bezradność Liberałów", Prószyński i S-ka, Warszawa 2005
powinno być zakazane. Czyż nie tak?
Sted
Etykiety:
demokracja,
Jaruś i Tusku,
kryzys,
kurewski sex
środa, 20 maja 2009
Internetowy syf
Co jakiś czas odbijają się echem po mediach informacje o rzekomym przeciążeniu internetu. Syf, niepotrzebne strony, reklamy, konie trojańskie, spamy, łańcuszki szczęścia, petycje, blogi o badziewiu, pseudostrony z podobną domeną do popularnych witryn, pop-up'y, czy jak tam się zwie takie coś, co wyskakuje,kiedy się pewne adresy wpisze itp. itd. Dużo tego i faktycznie można narzekać. Niemniej inteligentni naukowcy sami przed sobą przyznają niewątpliwie, że przeciążenie internetu jest niemożliwe, gdyż bezmiar ludzkiej głupoty jest tożsamy i silnie zasymilowany z bezmiarem czeluści world wide web'u.
Głupota zdominowała internet z prostego powodu - głupcy stanowią miażdżącą większość wszelkich społeczności. Polecam pomnożyć jeszcze tych głupców razy kilka - w końcu tępota zostawia najwiecej brudu po sobie.
Tyle ogólników. Takich rzeczy domyśli się każdy. Gorzej, że większość z tych 'każdych' próbuje czasem przeciwdziałać temu na zasadzie - pokonaj przeciwnika tą samą bronią! Zrób internet mądrym, kulturalnym miejscem. Nie da się, moi drodzy.. Uważamy, że prasa muzyczna jest nierzetelna i pracują w niej sami konserwatywni imbecyle? Nie ma co się stresować - założymy muzyczny portal internetowy. Będą fajerwerki, logowanie się w ramach skryptu php, galerie zdjęć, może nawet jakieś (legalne oczywiście!) mp3, wypasiona graficzka, nikt na to nie będzie wchodził... Ale to paradoksalnie nieważne, bo to że chcemy być alternatywą dla Teraz Rock'a i Metal Hammera to jedno. Drugim jest to, że między Panem Bogiem a Panią Prawdą robimy takie cuda tylko dla siebie, własnej satysfakcji. Pamiętam jak będąc brzdącem, budowałem na cały pokój wielkie miasto z klocków różnej maści. Budowałem po kilka godzin i cały czas chodziła mi po głowie myśl - ależ będzie fajosko, jak już je zbuduje i będę się w nim bawił! I co? Zbudowałem i mi się zabawy odechciało. Tak samo jest ze stronami internetowymi. Sztucznie nakręcana popularność trwa tylko przez pewien okres, później witryny osiadają na mieliźnie. Najlepszym przykładem są blogi.
Sam fakt, że blogi traktują już o wszystkim, co wymyślił, lub co tylko świat pomyślał. Głupcy chcą jednak więcej, więc pomnożyli ich ilość. Dzięki temu mamy piętnaście tysięcy stron o zespole Blog 27 (który do niedawna nie miał nawet oficjalnej strony www), milion piętnaście blogów o Hance Montance, dwa miliardy blogów o takich pojazdach na wszystko (vide nasz blog - ileż można?) itp. Nastąpił przesyt głupoty i egzaltacji. Niby wszystko zostało już napisane, ale czemu by tego nie zacząć przepisywać do usranej śmierci? Zupełnie jakby net się zawiesił. Dowidzenia. Dowidzenia. Dowidzenia. Dowidzenia. Do-wi-dze-nia
Kidriv
PS Można o tym długo, ale krytyka widocznie mi straszna, bo boję się jeździć samemu po sobie
Głupota zdominowała internet z prostego powodu - głupcy stanowią miażdżącą większość wszelkich społeczności. Polecam pomnożyć jeszcze tych głupców razy kilka - w końcu tępota zostawia najwiecej brudu po sobie.
Tyle ogólników. Takich rzeczy domyśli się każdy. Gorzej, że większość z tych 'każdych' próbuje czasem przeciwdziałać temu na zasadzie - pokonaj przeciwnika tą samą bronią! Zrób internet mądrym, kulturalnym miejscem. Nie da się, moi drodzy.. Uważamy, że prasa muzyczna jest nierzetelna i pracują w niej sami konserwatywni imbecyle? Nie ma co się stresować - założymy muzyczny portal internetowy. Będą fajerwerki, logowanie się w ramach skryptu php, galerie zdjęć, może nawet jakieś (legalne oczywiście!) mp3, wypasiona graficzka, nikt na to nie będzie wchodził... Ale to paradoksalnie nieważne, bo to że chcemy być alternatywą dla Teraz Rock'a i Metal Hammera to jedno. Drugim jest to, że między Panem Bogiem a Panią Prawdą robimy takie cuda tylko dla siebie, własnej satysfakcji. Pamiętam jak będąc brzdącem, budowałem na cały pokój wielkie miasto z klocków różnej maści. Budowałem po kilka godzin i cały czas chodziła mi po głowie myśl - ależ będzie fajosko, jak już je zbuduje i będę się w nim bawił! I co? Zbudowałem i mi się zabawy odechciało. Tak samo jest ze stronami internetowymi. Sztucznie nakręcana popularność trwa tylko przez pewien okres, później witryny osiadają na mieliźnie. Najlepszym przykładem są blogi.
Sam fakt, że blogi traktują już o wszystkim, co wymyślił, lub co tylko świat pomyślał. Głupcy chcą jednak więcej, więc pomnożyli ich ilość. Dzięki temu mamy piętnaście tysięcy stron o zespole Blog 27 (który do niedawna nie miał nawet oficjalnej strony www), milion piętnaście blogów o Hance Montance, dwa miliardy blogów o takich pojazdach na wszystko (vide nasz blog - ileż można?) itp. Nastąpił przesyt głupoty i egzaltacji. Niby wszystko zostało już napisane, ale czemu by tego nie zacząć przepisywać do usranej śmierci? Zupełnie jakby net się zawiesił. Dowidzenia. Dowidzenia. Dowidzenia. Dowidzenia. Do-wi-dze-nia
Kidriv
PS Można o tym długo, ale krytyka widocznie mi straszna, bo boję się jeździć samemu po sobie
Etykiety:
anime,
doda,
jazda po sobie,
kubica,
kurewski sex,
manga,
pedał,
star trek
niedziela, 10 maja 2009
Nolan i inni, czyli tajemnica kinowego sukcesu
Czego brakuje polskim filmom, a może szerzej (choć nie tak stanowczo) - filmom europejskim? Dobrych aktorów? Dobrych reżyserów? Wartkiej akcji, czy może po prostu pieniędzy?Nie. Brakuje im interesujących fabuł.
Z pozoru fabuła to nic wielkiego: zawiązanie akcji, rozwój, punkt kulminacyjny, rozwiązanie. Każdy potrafi coś takiego sprawnie sklecić, prawda? Uczyliśmy się o tym w szkole, czytaliśmy książki, oglądaliśmy filmy i mamy wiedzę. Stąd już kroczek do dzieła sztuki. Tak jest, prawda? Odpowiedź jest oczywista. Nie widziałem, ani jednego polskiego filmu, ani nawet filmu europejskiego (może poza kilkoma brytyjskimi produkcjami), których fabuły były zaskakujące. Ani jednego filmu na miarę "The Prestige", braci Nolan, którzy potrafili z opowiadania Christophera Priesta zrobić fascynujący film, w którym faktycznie nic nie jest pewne, który zaskakuje nawet w tych momentach, w których - tak nam się wydaje - nie może się nic więcej wydarzyć. W tym filmie każda scena ma znaczenie, każde słowo i gest są uzasadnione finałem, w którym układanka, którą już ułożyliśmy rozsypuje się. Z pokorą musimy przekonać się, że to, co nam wydawało się istotne dla fabuły było oszustwem, a nasze detektywistyczne ambicje rozbiły się o szczegóły. Potem wyrzucamy sobie: "Przecież mogłem się domyślić!" Ileż wyobraźni potrzeba, ile konsekwencji i samodyscypliny, żeby napisać scenariusz wywołujący taki efekt! I właśnie takich ludzi, piszących takie scenariusze brakuje w naszym kinie. Braci Nolan wybrałem jako świeży okaz, jako autorów naprawdę niezwykłego "Memento", czy genialnego "The Dark Knight".
Bo co z tego, że my w Europie mamy filmy filozoficzne? Że mamy von Triera? Von Trier to blagier, gdyby Bóg nie dał mu zdolności łączenia kina z teatrem (pod tym względem jest boski), nie przedstawiałby żadnej wartości. Co z tego, że mamy Bergmana, Felliniego, Passoliniego, Bertolucciego? Docenić ich trzeba za pewne walory: poetyckość, wyszukaną a nie prostacką perwersyjność, ale jednocześnie przyznać: są odszczepieńczą gałęzią kinematogriafii. Wytworzyli pewną sztywną formę, której europejczycy nie wiedzieć czemu starają się za wszelką cenę trzymać. O ile oni sami byli w niej mistrzami, o tyle epigoni trącą banałem, pseudointelektualizmem i łatwizną. Tak, jak nie wystarczy założyć szalik i krzyczeć, że się ma mdłości, by być Sartrem, tak nie wystarczy dużo gadać i przeciągać scen w nieskończoność, by być Bergmanem, czy Herzogiem. Zresztą ten ostatni, co warto odnotować, jest chyba najbardziej wszechstronnym europejskim reżyserem i jednym jaśniejszych punktów na jej czarnawej mapie. Kręcił i dokumenty i filmy mocno intelektualne, kręcił filmy-obrazy (takim jest "Nosferatu Wampir"), stworzył nawet filmy w stylu hollywoodzkim ("Rescue Dawn"). Niestety, Herzgów nowych na razie nie widać. Teraz mamy Xawerych Żuławskich, co to kręcą filmy na podstawie Masłowskiej i uważają się za awangardę (zresztą może i powinni, awangarda rzadko oznaczała coś interesującego), mamy też jakichś , jeśli mnie pamięć nie myli, Francuzików, robiących antynazistowskie horrory (antynazizm! to się im przypomniało trochę po niewczasie).
A myśmy kinematograficznie powinni się wyzwolić! Jak? Przepis jest prosty: korzystajmy z naszego dziedzictwa. Zacznijmy czerpać wzory z wielkiej literatury, z Dostojewskiego, z Hugo, z Dumasa, którzy fabuły pisali nie lada. Dokładnie tak, jak Nolanowie, zaskakiwali w najmniej spodziewanych momentach. To nic trudnego, tylko trzeba ćwiczyć wyobraźnię nie tylko w pustej buntowniczości (bunt dla współczesnego twórcy, czy to kina czy to teatru, wydaje się być kategorią tyleż podstawową, co bezprzedmiotową), ale przede wszystkim w kreatywności na polu, by się tak trywialnie wyrazić, klecenia i opowiadania historii.
Sted
Etykiety:
dom,
kurewski sex,
mama,
pamiętam: zosia,
zosia
czwartek, 7 maja 2009
Polskie humory
Jeśli ktoś oglądał wszystkie odcinki kreskówki Family Guy, na pewno pamięta postać niejakiego Buzza Killingtona, który swoją obecność zaznacza poprzez opowiadania naprawdę mało zabawnych anegdot. Peter Griffin reaguje na niego migreną i generalnie nikt nie wie jak się zachować w obecności tego Anglika. Jednocześnie Buzz nie zwraca uwagi na fakt, iż nikt nie życzy sobie jego kawałów, a tym bardziej jego samego. Snuje swoje dowcipy dalej, nie zrażając się niecierpliwą konsternacją wiszącą w powietrzu.
Czytałem ostatnio esej Wiktora Jerofiejewa o humorze, więc chcąc nie chcąc zacząłem zastanawiać się nad kondycją naszego dowcipu. Czy jest równie natrętny jak postać z bajeczki Setha Macfarlane’a? Otóż właśnie nie bardzo, co mimo wszystko nie jest dobrym znakiem! Polski dowcip działa w inną stronę, którą z kolei gardzi inteligencja (i odwrotnie). Satyry Buzza Killingtona opierają się na grach słownych, mogą być co najwyżej ‘zrozumiane’ i potraktowane wyrozumiałym uśmiechem przez słuchacza, co jednocześnie odbiera im prawo do wzbudzenia przerywanego głośnym chichotem aplauzu. Co ciekawsze, Killington jest przedstawicielem satyryka-włóczykija, próżno go szukać w piwiarniach na rozpiskach stand-up’ów. W Polsce z resztą coś takiego jak stand-up właściwie nie istnieje. Niektórzy bardziej znani aktorzy komediowi, tudzież obecni już przez długi (czyt. zbyt długi) czas telewizyjni satyrycy, próbują na starość swoich sił w takich imprezach. Wówczas okazuje się, że na dobrą sprawę nikt nie ma ochoty na dowcipkowanie, za które musi jeszcze płacić. Przyjęło się w Polsce, że prymitywną radochę z dodatkiem kogokolwiek sławnego otrzymujemy za darmo. Tymczasem kryzys pokazuje, jak Polacy przyzwyczaili się do niepłacenia za kuglarstwo i figle-migle. Czarek Pazura, ten ‘stary jajcarz’ odwołuje stand-up’y, klasyka rock’a w postaci zespołu Feel odwołuje nagminnie koncerty i rezygnuje z gwiazdorskich gaż etc. itd. Krzysio Krawczyk wręcz zawiesił już koncertowanie, które przestaje się opłacać takim starym wygom list przebojów. ZAIKS trzepie kasę, można się więc byczyć. Klubowe występy odchodzą do lamusa (vide ostatnio odwoływane z powodu braku zainteresowanie koncerty Perfectu), a jak już się odbędą, to ‘strach się bać’, jak śpiewa Lady Pank (to aluzja do ich ‘rozpadu’ na scenie w Stodole). Kryzys nie oszczędza gwiazdeczek jednego, czy wielu sezonów telewizyjnych. Lepiej radzą sobie kabarety. Cena biletu na występ Ani Mru Mru sięga czasami 80 złotych, co skutecznie odstręcza mnie od ponownego wybrania się do domu kultury Świt.
O ile o wspomnianym Mru Mru można powiedzieć, że faktycznie trzyma pewien poziom dowcipu, zasadzający się głównie na doprowadzaniu skeczu do wysokiego poziomu absurdu (co każdy przyzna – niezwykle rzadko się zdarza u polskich kabareciarzy), o tyle nie można już tego powiedzieć o reszcie tych wariatów i pozytywnie zakręconych kabareciarzy. Moi ulubieńcy z grupy o nazwie Łowcy B poziomem dowcipu sprowadzają się do serialu Włatcy Móch, czy jak to tam się pisze. . . Żarty nie istnieją, wystarczy, ze chłopaki są poubierani jak menele, którzy przed chwilą uciekli z psychiatryka. Do tego śmieszne głosy i zabawne zmienianie słów. Chciałoby się powiedzieć, iż mamy do czynienia z dowcipem, przy którym szybko można się znudzić. Gdzież tam! Publiczność szaleje, Łowcy B szaleją, Polska kabaretem stoi!
Trzeba jednak Łowcom przyznać, że poszli krok dalej niż większość dowcipkujących wędrownych trup. Nie od dziś wiadomo, że najlepszym sposobem na rozśmieszenie gawiedzi płacącej za dowcip, jest rzucenie przysłowiową ‘kurwą’ tu i tam, najlepiej w stronę polityków, tudzież artystów. Artystów mniej, politycy lepiej rozśmieszają. Żal mi rzadkiej obecności w telewizji programu ‘Ale Plama’ z panem Rewińskim i panem Piaseckim, od których zalatywało umiejętnie zmieszanym z inteligencją chłopstwem. Współcześni młodzi zdolni jednak o inteligencji nie pomyślą. Liczy się debilizm, przemycanie głupoty w nieprzeliczalnych ilościach. Celna ‘dupa’, czy ‘skurwysyn’ to kulminacyjny punkt programu, amfiteatr w Opolu szaleje, tylko boi się jeszcze wyrywać krzeseł z euforii, niczym na koncertach Beatlesów.
Bóg dobrym jest jednak Bogiem i dba, abyśmy mogli się pozbierać po takim ciosie tępych anegdot. Istnieją satyrycy trzymający poziom, którzy na dodatek na tyle sobie radzą, żeby przejmować czas antenowy tych bardziej tępych ugrupowań. Niesmak jednak pozostaje, co z kolei skłania mnie do zastanawiania się nad istotą humoru. Czy naprawdę tylko prymitywizm jest już w stanie rozśmieszyć tłumy? A może zawsze tak było, tylko ja jak zwykle ślepego udaje.
Kidriv
Czytałem ostatnio esej Wiktora Jerofiejewa o humorze, więc chcąc nie chcąc zacząłem zastanawiać się nad kondycją naszego dowcipu. Czy jest równie natrętny jak postać z bajeczki Setha Macfarlane’a? Otóż właśnie nie bardzo, co mimo wszystko nie jest dobrym znakiem! Polski dowcip działa w inną stronę, którą z kolei gardzi inteligencja (i odwrotnie). Satyry Buzza Killingtona opierają się na grach słownych, mogą być co najwyżej ‘zrozumiane’ i potraktowane wyrozumiałym uśmiechem przez słuchacza, co jednocześnie odbiera im prawo do wzbudzenia przerywanego głośnym chichotem aplauzu. Co ciekawsze, Killington jest przedstawicielem satyryka-włóczykija, próżno go szukać w piwiarniach na rozpiskach stand-up’ów. W Polsce z resztą coś takiego jak stand-up właściwie nie istnieje. Niektórzy bardziej znani aktorzy komediowi, tudzież obecni już przez długi (czyt. zbyt długi) czas telewizyjni satyrycy, próbują na starość swoich sił w takich imprezach. Wówczas okazuje się, że na dobrą sprawę nikt nie ma ochoty na dowcipkowanie, za które musi jeszcze płacić. Przyjęło się w Polsce, że prymitywną radochę z dodatkiem kogokolwiek sławnego otrzymujemy za darmo. Tymczasem kryzys pokazuje, jak Polacy przyzwyczaili się do niepłacenia za kuglarstwo i figle-migle. Czarek Pazura, ten ‘stary jajcarz’ odwołuje stand-up’y, klasyka rock’a w postaci zespołu Feel odwołuje nagminnie koncerty i rezygnuje z gwiazdorskich gaż etc. itd. Krzysio Krawczyk wręcz zawiesił już koncertowanie, które przestaje się opłacać takim starym wygom list przebojów. ZAIKS trzepie kasę, można się więc byczyć. Klubowe występy odchodzą do lamusa (vide ostatnio odwoływane z powodu braku zainteresowanie koncerty Perfectu), a jak już się odbędą, to ‘strach się bać’, jak śpiewa Lady Pank (to aluzja do ich ‘rozpadu’ na scenie w Stodole). Kryzys nie oszczędza gwiazdeczek jednego, czy wielu sezonów telewizyjnych. Lepiej radzą sobie kabarety. Cena biletu na występ Ani Mru Mru sięga czasami 80 złotych, co skutecznie odstręcza mnie od ponownego wybrania się do domu kultury Świt.
O ile o wspomnianym Mru Mru można powiedzieć, że faktycznie trzyma pewien poziom dowcipu, zasadzający się głównie na doprowadzaniu skeczu do wysokiego poziomu absurdu (co każdy przyzna – niezwykle rzadko się zdarza u polskich kabareciarzy), o tyle nie można już tego powiedzieć o reszcie tych wariatów i pozytywnie zakręconych kabareciarzy. Moi ulubieńcy z grupy o nazwie Łowcy B poziomem dowcipu sprowadzają się do serialu Włatcy Móch, czy jak to tam się pisze. . . Żarty nie istnieją, wystarczy, ze chłopaki są poubierani jak menele, którzy przed chwilą uciekli z psychiatryka. Do tego śmieszne głosy i zabawne zmienianie słów. Chciałoby się powiedzieć, iż mamy do czynienia z dowcipem, przy którym szybko można się znudzić. Gdzież tam! Publiczność szaleje, Łowcy B szaleją, Polska kabaretem stoi!
Trzeba jednak Łowcom przyznać, że poszli krok dalej niż większość dowcipkujących wędrownych trup. Nie od dziś wiadomo, że najlepszym sposobem na rozśmieszenie gawiedzi płacącej za dowcip, jest rzucenie przysłowiową ‘kurwą’ tu i tam, najlepiej w stronę polityków, tudzież artystów. Artystów mniej, politycy lepiej rozśmieszają. Żal mi rzadkiej obecności w telewizji programu ‘Ale Plama’ z panem Rewińskim i panem Piaseckim, od których zalatywało umiejętnie zmieszanym z inteligencją chłopstwem. Współcześni młodzi zdolni jednak o inteligencji nie pomyślą. Liczy się debilizm, przemycanie głupoty w nieprzeliczalnych ilościach. Celna ‘dupa’, czy ‘skurwysyn’ to kulminacyjny punkt programu, amfiteatr w Opolu szaleje, tylko boi się jeszcze wyrywać krzeseł z euforii, niczym na koncertach Beatlesów.
Bóg dobrym jest jednak Bogiem i dba, abyśmy mogli się pozbierać po takim ciosie tępych anegdot. Istnieją satyrycy trzymający poziom, którzy na dodatek na tyle sobie radzą, żeby przejmować czas antenowy tych bardziej tępych ugrupowań. Niesmak jednak pozostaje, co z kolei skłania mnie do zastanawiania się nad istotą humoru. Czy naprawdę tylko prymitywizm jest już w stanie rozśmieszyć tłumy? A może zawsze tak było, tylko ja jak zwykle ślepego udaje.
Kidriv
Etykiety:
doda,
grupa niskoopłacanych mleczarzy,
Jaruś i Tusku,
kabaret,
kurewski sex,
rząd,
świńska grypa,
wariat
środa, 6 maja 2009
Konkursy piękności i godnego życia
Nadszedł czas ważny dla wszystkich uczniów. Gimnazjaliści mają swoje egzaminy, licealiści matury, a studenci juwenalia. Dla pierwszych dwóch grup czas to niepewny, mało kto w duchu nie przejmuje się swoją przyszłością na tyle, żeby wspomniane zaliczenia traktować z przymrużeniem oka. Juwenalia to co innego. Z zasady mające zrzeszyć studentów poszczególnych uczelni (wikipedia informuje o symbolicznym przekazywaniu kluczy do miast nawet, a więc mamy i zbratanie z okolicą) imprezy traktowane na są wzniośle i poważnie jedynie przez ich organizatorów. Studentów, owszem. To jednak nie wystarcza, aby resztę uczestników zjednoczyć pod wspólnym sztandarem nauki, kultury i zabawy. O ile mi wiadomo nie istnieją w Polsce znane z USA bractwa studenckie, jeno coś na kształt kółek zainteresowań. Czym się różnią od siebie te formy zrzeszeń? Oj, wszystkim, nie ma wręcz porównania. Odnoszę wrażenie, że te wszystkie kółeczka hobbystyczne typu koło miłośników marksizmu na filozofii UW trącą co najwyżej słabych lotów lansem. Ja rozumiem, że w Ameryce, tym mlekiem i miodem płynącym kraju, bractwa nazywające się od liter greckiego alfabetu też stawiają zewnętrzną autokreację na wysokiej pozycji w statucie. Przynajmniej taki obraz sytuacji poznać można z MTV, czy z serialu z Willem Smith’em, grającym bodajże Willa Smitha. Alfa, beta, gamma i bach! Murzyni z groźnymi pohukiwaniami inspirowanymi twórczością Run DMC wskakują na ławki i odwalają taniec synchroniczny godny Mandaryny. Od razu zyskują popularność i każda szara myszka wnet pragnie się do nich dostać licząc na zmianę miejsca w rankingu szkolnych celebrytów.
Zaskakujące swoją drogą, jak Amerykańce mają wbite do głowy wszelkie konkursy popularności. Osobiście nie zaobserwowałem (a obserwowałem bardzo długo bo aż 6 lat podstawówki, 3 lata gimnazjum i drugie tyle liceum!) takowego ścigania się na szczurach w Polsce. Nie słychać nic nawet w prasie, która uwielbia skrajne sytuacje. Nie zabija się u nas najpiękniejszych dziewcząt, bo są najpiękniejsze. Nie tnie się twarzy zwycięzcom konkursu szkolnych talentów. Jeśli ktoś już wpadnie na pomysł, żeby dokonać mordu, to powody jego trącą zazwyczaj nielogicznością (jeśli oczywiście ktoś uzna, że skrzywdzenie drugiej osoby z zazdrości to logiczna droga do poprawienia samopoczucia). Mamy za to w szkołach problem z nieletnimi nimfomankami. Dziewczęta, które zmuszają chłopców do uprawiania seksu (niesamowita sprawa z tym zmuszaniem, swoją drogą), a w Złotych Tarasach już za przysłowiowe trzydzieści złotych dadzą ulgę mężczyznom, którzy je w tłumie odnajdą. Polska dopiero zaczyna sobie taki problem uświadamiać, w USA to już równie przysłowiowa normalka, że nieletnie dziewczątka wyglądają jak wyuzdane Britneje i Parisy. Seks staje się w Stanach Zjednoczonych aspektem dorastania. Inicjacje seksualne osiemnastolatków, a z drugiej strony dziewczęta, którym sprawia zupełnie jawną przyjemność rozdziewiczenie wstydliwej młodzieży. Dwie półkule tego samego koła. Zamykając się, koło tworzy znakomitą i niemożliwą w dzisiejszych czasach zaporę przed zwiędłymi tradycjami.
Wracając do matur – licealistów podzielić można na tych, którzy już od pierwszej klasy liceum planują swoją przyszłość, oraz na tych drugich, którym na ustatkowaniu jeszcze nie zależy. Nie jest to wbrew pozorom zbiór tożsamy z podziałem na humanistów i naukowców. Kombinacje są nieskończone, nawet w mojej ultra-humanistycznej klasie znalazły się osoby, które stwierdziły nagle, że droga ich przez znajomość matematyki na poziomie maturalnym wiedzie. Zadziwiała mnie postawa tych planujących, co już w drugiej klasie dokładnie wiedzieli, że będą studiowali prawo. Dlaczego? – pytałem niektórych. ‘Ano dlatego, że najłatwiej się ustatkować będąc prawnikiem’. Pięknie. Idylla bez ambicji. Schemat działa lawinowo. Śniegowa kula robi się większa i już studiując upragnione prawo i administrację da się zauważyć kompletną nijakość tego typu ludzi. Zero zainteresowań, zero ambicji, aby rozwijać swoje umiejętności. Tylko nauka, jakieś piwo, spanie, jakiś wyjazd. Niezbyt interesująca przyszłość. Ktoś powie – ‘to zależy od priorytetów! Założenie rodziny i jej utrzymanie to najważniejsze wartości w życiu!’. Ja powiem – nieprawda. Jeśli człowiek jest niewiele warty, to ile warta może być jego miłość, jego pieniądze i jego ‘godne życie’? Niewiele, moi drodzy.
PS Umknęło mi trochę wywodu o samych juwenaliach. Zaznaczam jednak, że przerwałem rozważania zachowując pełną świadomość umysłu. Sted nakreślił problem tożsamości studenckiej w jednym z wcześniejszych postów. Zapewne będziemy do niego jeszcze wracać, gdyż temat to wartki i rwący niczym górski potok.
Kidriv
Wracając do matur – licealistów podzielić można na tych, którzy już od pierwszej klasy liceum planują swoją przyszłość, oraz na tych drugich, którym na ustatkowaniu jeszcze nie zależy. Nie jest to wbrew pozorom zbiór tożsamy z podziałem na humanistów i naukowców. Kombinacje są nieskończone, nawet w mojej ultra-humanistycznej klasie znalazły się osoby, które stwierdziły nagle, że droga ich przez znajomość matematyki na poziomie maturalnym wiedzie. Zadziwiała mnie postawa tych planujących, co już w drugiej klasie dokładnie wiedzieli, że będą studiowali prawo. Dlaczego? – pytałem niektórych. ‘Ano dlatego, że najłatwiej się ustatkować będąc prawnikiem’. Pięknie. Idylla bez ambicji. Schemat działa lawinowo. Śniegowa kula robi się większa i już studiując upragnione prawo i administrację da się zauważyć kompletną nijakość tego typu ludzi. Zero zainteresowań, zero ambicji, aby rozwijać swoje umiejętności. Tylko nauka, jakieś piwo, spanie, jakiś wyjazd. Niezbyt interesująca przyszłość. Ktoś powie – ‘to zależy od priorytetów! Założenie rodziny i jej utrzymanie to najważniejsze wartości w życiu!’. Ja powiem – nieprawda. Jeśli człowiek jest niewiele warty, to ile warta może być jego miłość, jego pieniądze i jego ‘godne życie’? Niewiele, moi drodzy.
PS Umknęło mi trochę wywodu o samych juwenaliach. Zaznaczam jednak, że przerwałem rozważania zachowując pełną świadomość umysłu. Sted nakreślił problem tożsamości studenckiej w jednym z wcześniejszych postów. Zapewne będziemy do niego jeszcze wracać, gdyż temat to wartki i rwący niczym górski potok.
Kidriv
Etykiety:
doda,
kurewski sex,
ładna zabawa,
ropa i gaz i smród,
świńska grypa,
wielka dupa
Subskrybuj:
Posty (Atom)
