Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tata. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 7 lutego 2010
piątek, 22 stycznia 2010
Bary, piwo, nowi ludzie i herbata
Ta myśl chodzi mi po głowie od dłuższego czasu. To rodzaj obserwacji kulturowej, tak myślę. Jest to typ refleksji, który - przynajmniej w teorii - powinien mieć praktyczne zastosowanie.
Jak opisać najprościej studenta? Sądzę, że tak: student to ktoś, kto lubi się bawić i musi się uczyć. Taką definicję podsuwa mi już moje niemal 5 lat studenckiego żywota. Większość moich znajomych wyznaje takie credo. Większość traktuje studia jak przymus, a zabawę jako swoiste od tego przymusu wybawienie, czasem - cel życia. Można powiedzieć, że do pewnego momentu wyznawałem takie credo i ja.
Zacząłem się jednak zastanawiać, na czym ta zabawa polega, a rezultat tych rozważań to bardzo, ale to bardzo smutne wnioski. Po pierwsze, scharakteryzujmy po krótce, na czym taka zabawa polega. Trzeba tu rozróżnić dwie kategorie zabawy: domowa i klubowa.
Zabawa domowa polega z reguły na tym, że studenci umawiają się, że tego a tego dnia o tej a o tej godzinie spotykają się u danego kolegi/koleżanki. Na miejscu z reguły gra bardziej lub mniej miła muzyczka i oferowany jest skromny catering. Studenci przychodzą i pierwsze, co robią, to otwierają przyniesione ze sobą alkohole. Piją je, rozmawiając o różnych z reguły luźnych sprawach. Powoli się upijają, mówią głośno, coraz głośniej, tańczą. Zaczynają rozmawiać o poważnych sprawach. Najczęściej: o Bogu, miłości i seksie. Czasem nawet kłócą się. Rozmowy te to jedna wielka kupa banałów, którym powab nadaje jedynie studencka hulanka. Że niby bohema, czy coś w tym stylu. Ok. godziny 00.00 ludzie kojarzą się w pary. Niektórzy, co bardziej cnotliwi, testują tylko niewinne pocałunki. Rozwiąźli - szukają intymnych miejsc. Bezwstydni - bawią się ładnie, gdzie popadnie. Samotnicy, nieudacznicy i zasadniczy wciąż rozmawiają o Bogu. Impreza się końcy ok. 3/4 nad ranem. Ludzie skacowani wracają do domów. Niektórzy mają także kaca moralnego. Inni - estetycznego ("jaka ona gruba i brzydka była"..."). Są też zadowoleni. To ci, którym wystarcza po prostu się, mówiąc gwarą studencką, najebać.
Zabawa w barze/pubie jest bardzo dziwna (może nawet Kidriv o tym kiedyś już pisał). Dziwniejsza od zabawy w domu o tyle, że trudno tam prowadzić rozmowy o czymkolwiek. Jeśli się jednak na to zdecydujesz, mocno nadwerężasz sobie struny głosowe. Cała reszta przebiega mniej więcej tak samo. Pary, tańce, intymne miejsca. Często intymne miejsca to po prostu toalety. Czasem zabiera się kogoś "do siebie". Oczywiście, z rana kac i nerwowe przeszukiwanie portfela. Imprezy w barach i pubach są bardziej kosztowne od "domówek".
Czy powyższe opisy brzmią atrakcyjnie? W pewnym sensie tak: seks jest fajny. Ale ostateczny bilans jest negatywny. Dlaczego? Przede wszystkim cała zabawa sprowadza się do niemyślenia. To niemyślenie trwa przez kilka długich godzin i, przyznajmy, jest niezywkle przyjemne. Potem z rana, gdy doskwiera kac, niemyślenie nie jest już przyjemne. Jest przymusowe. Ponadto, z reguły jedna porządna hulanka to jeden wieczór, noc i połowa następnego dnia wyjęte z życiorysu. Więc, jeśli miałeś jakieś konkretne plany na popołudnie - nie miej złudzeń! Zamiast je realizować, będziesz spał snem przerywanym wycieczkami do toalety.
Podsumujmy to, co w 'imprezowaniu' negatywne:
- strata pieniędzy
- strata zdrowia (słuch, gardło, czasem: tryper)
- pomyłki co do atrakcyjności nowopoznanych ludzi, czyli strata szacunku do samego siebie
- strata czasu, który można by wykorzystać o wiele produktywniej
Co więc studentów do zabawy ciągnie? Czasami nie potrafią tego wyjaśnić, czasami nazywają to "poznawaniem nowych ludzi". To przecież takie fajne, jeśli można poznać kogoś nowego. Innego. Mającego inne poglądy, wiarę, pochodzącego z innego zakątka kraju/świata. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że wszystko byłoby ładnie, pięknie, gdyby to była prawda. Tzn. że da się poznać nowych ludzi na imprezach. Owszem, da się jeśli przez poznawanie rozumiemy przedstawianie się sobie i pieprzenie po kątach. 'Hello, I love you, won't you tell me your name?' jak śpiewał nieoceniony Morrison. Jeśli jednak przez poznawanie rozumiemy prawdziwą rozmowę, prawdziwe staranie o wniknięcie w czyjąś duszę, wtedy, wybacznce, studenckie imprezy, okazują się parodią. Poza tym, choć kocham ludzi, to muszę przyznać, że wśród studentów jest tyle buców, że naprawdę trafienie na kogoś wartego poznania graniczy z cudem.
Gdy liczę godziny, które spędziłem przez ostatnie 5 lat na imprezowaniu, łapię się za głowę. Najlepsze lata życia spędziłem na robieniu niczego. Miałem tyle ambicji, planów, które okazały się tylko mrzonkami. Właśnie dlatego, że wolałem 'poznawanie nowych ludzi'. Skuteczne to było lekarstwo na świadomość, że każde pojedyncze zamierzenie i plan wiąże się z wysiłkiem, pracą. To była doskonała wymówka, żeby tego wysiłku nie podejmować. Żeby być jednym ze studentów, którzy po prostu studiują i chleją.
Dzisiaj po ok. miesięcznej przerwie od imprezek poszedłem do pubu, żeby się przekonać, że mam rację. I faktycznie - niczego, naprawdę niczego się nie nauczyłem, niczego nie zyskałem. Straciłem pieniądze, zmęczyłem struny głosowe, zmarnowałem czas.
Teraz siedzę i piję herbatę. Mam ochotę pisać. I piszę. Tylko trochę już na to za późno.
Sted
Jak opisać najprościej studenta? Sądzę, że tak: student to ktoś, kto lubi się bawić i musi się uczyć. Taką definicję podsuwa mi już moje niemal 5 lat studenckiego żywota. Większość moich znajomych wyznaje takie credo. Większość traktuje studia jak przymus, a zabawę jako swoiste od tego przymusu wybawienie, czasem - cel życia. Można powiedzieć, że do pewnego momentu wyznawałem takie credo i ja.
Zacząłem się jednak zastanawiać, na czym ta zabawa polega, a rezultat tych rozważań to bardzo, ale to bardzo smutne wnioski. Po pierwsze, scharakteryzujmy po krótce, na czym taka zabawa polega. Trzeba tu rozróżnić dwie kategorie zabawy: domowa i klubowa.
Zabawa domowa polega z reguły na tym, że studenci umawiają się, że tego a tego dnia o tej a o tej godzinie spotykają się u danego kolegi/koleżanki. Na miejscu z reguły gra bardziej lub mniej miła muzyczka i oferowany jest skromny catering. Studenci przychodzą i pierwsze, co robią, to otwierają przyniesione ze sobą alkohole. Piją je, rozmawiając o różnych z reguły luźnych sprawach. Powoli się upijają, mówią głośno, coraz głośniej, tańczą. Zaczynają rozmawiać o poważnych sprawach. Najczęściej: o Bogu, miłości i seksie. Czasem nawet kłócą się. Rozmowy te to jedna wielka kupa banałów, którym powab nadaje jedynie studencka hulanka. Że niby bohema, czy coś w tym stylu. Ok. godziny 00.00 ludzie kojarzą się w pary. Niektórzy, co bardziej cnotliwi, testują tylko niewinne pocałunki. Rozwiąźli - szukają intymnych miejsc. Bezwstydni - bawią się ładnie, gdzie popadnie. Samotnicy, nieudacznicy i zasadniczy wciąż rozmawiają o Bogu. Impreza się końcy ok. 3/4 nad ranem. Ludzie skacowani wracają do domów. Niektórzy mają także kaca moralnego. Inni - estetycznego ("jaka ona gruba i brzydka była"..."). Są też zadowoleni. To ci, którym wystarcza po prostu się, mówiąc gwarą studencką, najebać.
Zabawa w barze/pubie jest bardzo dziwna (może nawet Kidriv o tym kiedyś już pisał). Dziwniejsza od zabawy w domu o tyle, że trudno tam prowadzić rozmowy o czymkolwiek. Jeśli się jednak na to zdecydujesz, mocno nadwerężasz sobie struny głosowe. Cała reszta przebiega mniej więcej tak samo. Pary, tańce, intymne miejsca. Często intymne miejsca to po prostu toalety. Czasem zabiera się kogoś "do siebie". Oczywiście, z rana kac i nerwowe przeszukiwanie portfela. Imprezy w barach i pubach są bardziej kosztowne od "domówek".
Czy powyższe opisy brzmią atrakcyjnie? W pewnym sensie tak: seks jest fajny. Ale ostateczny bilans jest negatywny. Dlaczego? Przede wszystkim cała zabawa sprowadza się do niemyślenia. To niemyślenie trwa przez kilka długich godzin i, przyznajmy, jest niezywkle przyjemne. Potem z rana, gdy doskwiera kac, niemyślenie nie jest już przyjemne. Jest przymusowe. Ponadto, z reguły jedna porządna hulanka to jeden wieczór, noc i połowa następnego dnia wyjęte z życiorysu. Więc, jeśli miałeś jakieś konkretne plany na popołudnie - nie miej złudzeń! Zamiast je realizować, będziesz spał snem przerywanym wycieczkami do toalety.
Podsumujmy to, co w 'imprezowaniu' negatywne:
- strata pieniędzy
- strata zdrowia (słuch, gardło, czasem: tryper)
- pomyłki co do atrakcyjności nowopoznanych ludzi, czyli strata szacunku do samego siebie
- strata czasu, który można by wykorzystać o wiele produktywniej
Co więc studentów do zabawy ciągnie? Czasami nie potrafią tego wyjaśnić, czasami nazywają to "poznawaniem nowych ludzi". To przecież takie fajne, jeśli można poznać kogoś nowego. Innego. Mającego inne poglądy, wiarę, pochodzącego z innego zakątka kraju/świata. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że wszystko byłoby ładnie, pięknie, gdyby to była prawda. Tzn. że da się poznać nowych ludzi na imprezach. Owszem, da się jeśli przez poznawanie rozumiemy przedstawianie się sobie i pieprzenie po kątach. 'Hello, I love you, won't you tell me your name?' jak śpiewał nieoceniony Morrison. Jeśli jednak przez poznawanie rozumiemy prawdziwą rozmowę, prawdziwe staranie o wniknięcie w czyjąś duszę, wtedy, wybacznce, studenckie imprezy, okazują się parodią. Poza tym, choć kocham ludzi, to muszę przyznać, że wśród studentów jest tyle buców, że naprawdę trafienie na kogoś wartego poznania graniczy z cudem.
Gdy liczę godziny, które spędziłem przez ostatnie 5 lat na imprezowaniu, łapię się za głowę. Najlepsze lata życia spędziłem na robieniu niczego. Miałem tyle ambicji, planów, które okazały się tylko mrzonkami. Właśnie dlatego, że wolałem 'poznawanie nowych ludzi'. Skuteczne to było lekarstwo na świadomość, że każde pojedyncze zamierzenie i plan wiąże się z wysiłkiem, pracą. To była doskonała wymówka, żeby tego wysiłku nie podejmować. Żeby być jednym ze studentów, którzy po prostu studiują i chleją.
Dzisiaj po ok. miesięcznej przerwie od imprezek poszedłem do pubu, żeby się przekonać, że mam rację. I faktycznie - niczego, naprawdę niczego się nie nauczyłem, niczego nie zyskałem. Straciłem pieniądze, zmęczyłem struny głosowe, zmarnowałem czas.
Teraz siedzę i piję herbatę. Mam ochotę pisać. I piszę. Tylko trochę już na to za późno.
Sted
Etykiety:
długi stosunek seksualny,
dom,
mama,
nic,
tata
środa, 5 sierpnia 2009
Nergal czyli krótkowzroczność Polaków
Jacy Polacy są krótkowzroczni... Strasznie łatwo przychodzi im naśladowanie osoby stojącej obok, która z kolei naśladuję tę obok siebie i tak do końca świata Polaka.
Naśladujemy przede wszystkim w wybrzydzaniu. Ta forma integracji pasuje nam najbardziej. Dopuścić się ostracyzmu na kimś, spuścić w kulturalno-polityczno-towarzyski niebyt. To lubimy, tym się chełpimy na forach internetowych i innych. Ale czy istnieje jeszcze człowiek, który spontanicznie bierze sobie do serca komentarze w rodzaju 'Jan Paweł II skończył się na Master of Puppets' ?
Miałem pisać o czymś innym zgoła, lecz Sebastian ubiegł i wrzucił swojego posta na temat Dody, Nergala i interpretacji Biblii. O Adamie 'Nergalu' Darskim akurat ostatnio głośno się zrobiło, warto chyba wyjaśnić co też on wyczynia aktualnie. A mianowicie sprzeniewierza się bowiem swojej religii, jaką jest Satanizm, oszukuje i jawnie naśmiewa się ze swoich fanów, godzi w nich ostrzem z różowym napisem 'Doda'! Głosy oburzenia przetaczają się przez metalowe salony, a smród po osobnikach którzy je wypowiadają, nie ustępuje jeszcze długo po ich zniknięciu.
Fakt, że Nergal wykorzystuje Biblię jako koncertowy rekwizyt z miłą chęcią wrzucę do worka festyniarskich chwytów, mających pogrubić (raczej wytłuszczyć) muzyczny przekaz, którego przeciętny człowiek z growlingu Nergala przecież nie wychwyci. Muzyka posługuje się symbolami, to normalna sprawa. Jedni wieszają nagie kobiety na krzyżach, inni jedzą nietoperza, jeszcze inni wykorzystują hitlerowską symbolikę (patrz Joy Division). Wyliczać można długo, a mnie dawno przestało to bawić i przestałem reagować na zaczepki w stylu pamiętnego:
"Wyobraźcie sobie, że wspinacie się na Golgotę i nie przeżywacie żadnego pieprzonego katharsis! Od 30 lat moja wiara się nie zmieniła - Antychrstian Phenomenoooooon!!"
przestałem.
Krzyczał tak Nergal na Mystic Festivalu w Spodku, przez co mój znajomy przez kilka godzin systematycznie zjeżdżał jego poziom inteligencji. Trzeba przyznać, że chłopstwem owa myśl zaleciała, a to stoi w sprzeczności z wizerunkiem Nergala jako natchnionego filozofa. No ale nic to. Nergalowi stop! Wróćmy do Dody.
W Polsce wrze. Jak to możliwe, żeby taka kiczowata, plastikowa i silikonowa lalunia, co to inteligencją nie grzeszy, związała się z pierwszym Satanistą w kraju Lecha? Faktycznie wrze u nas jak w piekle jakimś, tymczasem jednak zapraszam do zachodnich mediów, gdzie taka sytuacja jest normalnością. Czy Dave Navarro widział jakąś przeszkodę przed związaniem się z Carmen Electrą? Czy Tommy Lee stracił swoich fanów po związku z Pamelą Anderson? Dajcie spokój, to są zbyt ładne dziewczęta, żeby można było się o nie obrażać. Zachód Nergala chwali i cieszy się z jego szczęścia, miłości, czy jak tam ten związek z Dodą zwać. Wszyscy przyklaskują - Polacy narzekają. A mogliby chociaż w jednym temacie dać sobie spokój z marudzeniem.
PS Wolałbym jeszcze wspomnieć o włożeniu w nawias wizerunków scenicznych obu gwiazd polsko-zagranicznej sceny wokalno-instrumentalnej. Przyznam się, że jednak wstyd mi o tym przypominać.
Kidriv
Naśladujemy przede wszystkim w wybrzydzaniu. Ta forma integracji pasuje nam najbardziej. Dopuścić się ostracyzmu na kimś, spuścić w kulturalno-polityczno-towarzyski niebyt. To lubimy, tym się chełpimy na forach internetowych i innych. Ale czy istnieje jeszcze człowiek, który spontanicznie bierze sobie do serca komentarze w rodzaju 'Jan Paweł II skończył się na Master of Puppets' ?
Miałem pisać o czymś innym zgoła, lecz Sebastian ubiegł i wrzucił swojego posta na temat Dody, Nergala i interpretacji Biblii. O Adamie 'Nergalu' Darskim akurat ostatnio głośno się zrobiło, warto chyba wyjaśnić co też on wyczynia aktualnie. A mianowicie sprzeniewierza się bowiem swojej religii, jaką jest Satanizm, oszukuje i jawnie naśmiewa się ze swoich fanów, godzi w nich ostrzem z różowym napisem 'Doda'! Głosy oburzenia przetaczają się przez metalowe salony, a smród po osobnikach którzy je wypowiadają, nie ustępuje jeszcze długo po ich zniknięciu.
Fakt, że Nergal wykorzystuje Biblię jako koncertowy rekwizyt z miłą chęcią wrzucę do worka festyniarskich chwytów, mających pogrubić (raczej wytłuszczyć) muzyczny przekaz, którego przeciętny człowiek z growlingu Nergala przecież nie wychwyci. Muzyka posługuje się symbolami, to normalna sprawa. Jedni wieszają nagie kobiety na krzyżach, inni jedzą nietoperza, jeszcze inni wykorzystują hitlerowską symbolikę (patrz Joy Division). Wyliczać można długo, a mnie dawno przestało to bawić i przestałem reagować na zaczepki w stylu pamiętnego:
"Wyobraźcie sobie, że wspinacie się na Golgotę i nie przeżywacie żadnego pieprzonego katharsis! Od 30 lat moja wiara się nie zmieniła - Antychrstian Phenomenoooooon!!"
przestałem.
Krzyczał tak Nergal na Mystic Festivalu w Spodku, przez co mój znajomy przez kilka godzin systematycznie zjeżdżał jego poziom inteligencji. Trzeba przyznać, że chłopstwem owa myśl zaleciała, a to stoi w sprzeczności z wizerunkiem Nergala jako natchnionego filozofa. No ale nic to. Nergalowi stop! Wróćmy do Dody.
W Polsce wrze. Jak to możliwe, żeby taka kiczowata, plastikowa i silikonowa lalunia, co to inteligencją nie grzeszy, związała się z pierwszym Satanistą w kraju Lecha? Faktycznie wrze u nas jak w piekle jakimś, tymczasem jednak zapraszam do zachodnich mediów, gdzie taka sytuacja jest normalnością. Czy Dave Navarro widział jakąś przeszkodę przed związaniem się z Carmen Electrą? Czy Tommy Lee stracił swoich fanów po związku z Pamelą Anderson? Dajcie spokój, to są zbyt ładne dziewczęta, żeby można było się o nie obrażać. Zachód Nergala chwali i cieszy się z jego szczęścia, miłości, czy jak tam ten związek z Dodą zwać. Wszyscy przyklaskują - Polacy narzekają. A mogliby chociaż w jednym temacie dać sobie spokój z marudzeniem.
PS Wolałbym jeszcze wspomnieć o włożeniu w nawias wizerunków scenicznych obu gwiazd polsko-zagranicznej sceny wokalno-instrumentalnej. Przyznam się, że jednak wstyd mi o tym przypominać.
Kidriv
poniedziałek, 3 sierpnia 2009
Sylwester z dupą
Czas najwyższy przyznać, że polski rynek działa znakomicie. Przepędza gamoni i niedojdy z oczu tłumów dokładnie wtedy, kiedy trzeba. Innymi słowy – wie, kiedy przestać.Jestem daleki od przewidywania końca pewnych norm ustalonych we współczesnej muzyce. Wieszczyć ludziom koniec czegokolwiek (o, świata na przykład) obecnie można jedynie w kinematografii (swoją drogą z miernym skutkiem – patrz film ‘2012’). Uspokajam więc wszelkich malkonentów potencjalnych – nie będzie dziś przemądrzałych dywagacji. Będą zaś suche fakty i komentarz adekwatny do sytuacji.
Istnieje w internecie strona o adresie www.pudelek.pl Wszyscy wiemy, na czym się opiera jej działalność. Na plotce. Popularny to serwis – każdy mniej lub bardziej świadomie łasy jest na wzloty i upadki tych i owych. Wspólnie więc robimy nagonkę na Nergala, lidera zespołu Behemoth, ze względu na jego romans z kiczowatą i cukierową Dorotą Rabczewską. Niedowierzamy informacji na temat odwołania koncertu Britney Spears w Polsce. Szydzimy z wygórowanego ego wokalisty zespołu Feel, trzymającego wysoki poziom mimo spadku w notowaniach list przebojów. Czysty przykład robienia dobrej miny do złej gry. Piotr Kupicha cieszy się dumnie z platynowej, czy tam złotej płyty już w dniu premiery najnowszego krążka. Kupicha zgarnął "platynę" na podstawie szacowanej liczby kopii, które powędrowały do sklepów. Czy ktoś je kupi, czy będą jednak zalegały na półkch i w konsekwencji wylądują w Tesco za 4,99? Ta sprawa nie obchodzi już nikogo. A powinna, Panie Kupicha, powinna, bo potem jest zdziwienie i konsternacja, że pustki na koncert i trza odwoływać.
Innymi słowy – biznes robi swoje na przekór zainteresowaniu od strony najważniejszej, czyli ludzkiej. Feel stacza się do roli gwiazd tabloidów, niwelując przy tym obecność swojej muzyki w mediach do minimum, którym charakteryzują się wykonawcy wręcz undergroundowi. Tymczasem underground ma się coraz lepiej. Milionów dolarów na koncie może nie widać, puszczania w nonMTV też nie sposób uświadczyć... I dobrze, gdyż wykonawcy niszowi stawiają raczej (to słowo ‘raczej’ jest bardzo istotne) na profesjonalizm zarówno koncertowy, jak i marketingowy. Nie ma w nim miejsca na wywiady dotyczące prywatnego życia w "Vivie", ani na sesje zdjęciowe nad grobem ojca również w "Vivie", ani tym bardziej na dołączanie swoich wydanych na szybciutko płyt z przeróbkami kolęd - także, oczywiście, w "Vivie". Tak dzieje się na przekór wszystkim w polskim biznesie. Gwarantuję Państwu, że skończy tak każdy sprzedajno-popowo-nijaki wykonawca, jeśli nie będzie miał ciut oleju w głowie i nie zboczy z kierunku oznaczonego etykietą ‘wykonawca=produkt służący dowartościowaniu się gawiedzi”. Proszę brać przykład z Gabriela Fleszara, który słusznie przeniósł się na przysłowiową ‘ulicę’, na której lepiej mu się wiedzie, bo komercyjny hit, którego nazwa chwilowo wyleciała mi z głowy, nie przyniósł mu zlota.
Rynek jednak wciąż się kręci, dzięki Pudelkowi, szmatławcom, wielkim koncertom i Eurowizji. A niech się kręci! Prawdziwych artystów nic to nie obchodzi. Większość polskich wykonawców nie ma chyba aż tak niskich ambicji, że ich realizację zapewnia im wegetacja na Sylwestrze z Jedynką. Tego się trzymam i ja – Kidriv Muzykant. Dowidzenia.
PS Nie bójcie się – przejdźcie się na kilka koncertów niereklamowanych w telewizji publicznej. Się możecie zdziwić mile.
Etykiety:
ciocia,
doda,
dzidziuś,
humory polskie,
Jaruś i Tusku,
kurewski sex,
mama,
tata
piątek, 3 lipca 2009
Pośmiertny atak miłości
Michael Jackson budził w sercach tłumu namiętność nieprzeciętną: na jego śmierć świat zareagował podobnie jak cztery lata temu na śmierć Papieża. Tłumy gromadziły się pod szpitalem, w którym umierał Jackson podobnie jak wtedy - pod oknem apartamentu, w którym umierał Papież, I podobnie jak wtedy buddyjscy mnisi odprawili nabożeństwo w intencji, a największe gwiazdy i politycy (z Kwaśniewskim i Madonną włącznie) złożyli światu kondolencje. Do pełni ekstazy brakowało tylko szaleństwa zwykłych Polaków, którzy - w mniemaniu mediów przynajmniej - powinni tłumnie zebrać sie na placach, rynkach i polach, by wspólnie odśpiewać niezapomniane "You are not alone" albo zatańczyć w rytm "Billie Jean". Trzeba było coś zrobić z tym karygodnym brakiem spontaniczności. Ogłoszono więc, że jednak są spontaniczni, bo setki fanów zbiorą się pod warszawskim metrem, by uczcić śmierć swojego idola minutą ciszy. Cała sprawa była oczywiście zmontowana i w żadnym wypadku spontaniczna. Na placu metra tłoczno jest niemal zawsze, tym bardziej, jeśli na jego środku umiejscowią się wozy transmisyjne i miliard reporterów. "Coś się musiało stać" - myślą sobie wtedy przechodnie i podchodzą sprawdzić, co; robi się faktycznie duży tłum, a przebiegły dziennikarz z tym tłumem w tle komentuje: "Setki zapłakanych twarzy fanów Jacksona wyraża tylko jedno: tęsknimy i pamiętamy."Jackson umarł. Jak wielu innych - umiera. Był świetnym piosenkarzem, niesamowitym showmanem. Był zagubionym i zdziecinniałym człowiekiem, którego zniszczył wpojony mu przez rodziców pęd do sławy i pieniędzy. Nie potrafił stworzyć szczęśliwej rodziny, nie potrafił oprzeć się destrukcyjnym wpływom otoczenia. Dodatkowo - był wrakiem człowieka i najprawdopodobniej nie stworzyłby już nigdy nic wartościowego. Nie umarł więc artysta - ten umarł już dawno. I już dawno należało odprawić pogrzebowy obrządek. Umarł człowiek, któremu nie należało się uwielbienie i któremu nie potrzeba składanych przez fanów deklaracji miłości. Potrzeba mu - jeśli istnieje Bóg i dusza nieśmiertelna - jedynie modlitwy. Ale o tym ani Kwaśniewski, ani redaktorzy tygodników, ani Madonna, ani większość z nas nie pamięta.
Etykiety:
billie jean,
Boeing,
kwaśniewski,
madonna,
mama,
Michael Jackson,
muzyka,
święto,
tata,
tusk
wtorek, 23 czerwca 2009
Translegitki (jesteśmy w dupie)
Janusz Kochanowski, aktualnie Rzecznik Praw Obywatelskich, a swego czasu zwolennik PiS (z ramienia tej partii kandydował do Parlamentu Europejskiego), zgłosił do ministra spraw wewnętrznych i administracji, Grzesia Schetyny, przezabawny projekt. Chce, by transseksualistom wydawano specjalne legitymacje z dwoma zdjęciami. Trzeba bowiem szanować "trzecią płeć".
Rozumiem, że jedno z tych zdjęć będzie przedstawiać danego "transa" po operacji zmiany płci, a drugie przed? Zabawne, że nikt nie zauważa, nikt z rycerzy tolerancji i postępu, że wyrabianie tego rodzaju legitymacji to jeden ze sposóbów stygmatyzacji tych biednych ludzi.
Przy okazji tej sprawy warto zauważyć, jak sprytnie transwestyci dołączyli do seksualnych grup emancypacyjnych. Dotąd mówiło się raczej o gejach i lesbijkach, a tu nagle praw zaczęli się domagać także i oni. Jest to świadectwem prawdziwości starego powiedzenia, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. W momencie, gdy zboczeńcy uświadomili sobie, że popiera ich duża polityczna siła (Unia Europejska), powoli zaczęli radykalizować swoje postulaty oraz poszerzać pakiet tego, co jest według nich normalne.
Niestety, polscy politycy, w przeciwieństwie do np. litewskich (ci uchwalili zakaz promocji homoseksualizmu), nie są na tyle odważni, by powiedzieć "nie" zapędom zboczeńców. Dlatego należy się spodziewać raczej "skandynawizacji" polskiej rzeczywistości obyczajowej, niż powrotu do tradycyjnego postrzegania moralności.
Rozumiem, że jedno z tych zdjęć będzie przedstawiać danego "transa" po operacji zmiany płci, a drugie przed? Zabawne, że nikt nie zauważa, nikt z rycerzy tolerancji i postępu, że wyrabianie tego rodzaju legitymacji to jeden ze sposóbów stygmatyzacji tych biednych ludzi.
Przy okazji tej sprawy warto zauważyć, jak sprytnie transwestyci dołączyli do seksualnych grup emancypacyjnych. Dotąd mówiło się raczej o gejach i lesbijkach, a tu nagle praw zaczęli się domagać także i oni. Jest to świadectwem prawdziwości starego powiedzenia, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. W momencie, gdy zboczeńcy uświadomili sobie, że popiera ich duża polityczna siła (Unia Europejska), powoli zaczęli radykalizować swoje postulaty oraz poszerzać pakiet tego, co jest według nich normalne.
Niestety, polscy politycy, w przeciwieństwie do np. litewskich (ci uchwalili zakaz promocji homoseksualizmu), nie są na tyle odważni, by powiedzieć "nie" zapędom zboczeńców. Dlatego należy się spodziewać raczej "skandynawizacji" polskiej rzeczywistości obyczajowej, niż powrotu do tradycyjnego postrzegania moralności.
Etykiety:
geje,
homoseksualizm,
kurewski sex,
lesbijki,
mama,
pedały,
tata
czwartek, 19 lutego 2009
A ja na to - dowidzenia
Jakże łatwo wypełnić swój mózg informacjami. Zdaje się być on nieskończenie pojemnym kubłem na śmieci, a jedynym śmieciarzem w okolicy może być tylko Rozum. Żyjąc na tym padole, odnoszę coraz częściej smutne wrażenie, że jeden Rozum nie jest przeznaczony dla jednej, ale dla kilku, jeśli nie kilkunastu osób. I na dodatek tylko niektórym chętnie i często wywozi śmieci z mózgu. Nie jestem w stanie postawić się w sytuacji tych przez niego zaniedbywanych. Jestem bowiem przekonany, że śmieciarz Rozum, jeśli niekoniecznie mnie lubi, to na pewno nie jestem mu obojętny. Być może dlatego, że napotyka wzajemność.Do czego jednak zmierzam? Ano do tego, że dziś mój mózg został zaatakowany niewyobrażalną wręcz ilością nieczystości. Przykład pierwszy z brzegu: 92-letnia Chinka przez 60 lat trzymała w swoim brzuchu martwy płód. Innymi słowy 60 lat była w ciąży. Dowidzenia. Przykład drugi z brzegu: restauracja Burger King podarowała Kamilowi Durczokowi w zamian za 'rzucanie mięsem' dożywotni kupon na darmowe kanapki. Dowidzenia. Z innej beczki: znana piosenkarka pobita. W ramach solidarności motłoch zaczyna kupować jej ostatnią płytę, w związku z czym sprzedaż wzrasta o 30%. (nawiasem mówiąc, kompletnie niezrozumiała dla mnie solidarność, ale kto tu mówi o rozumieniu?). Lećmy dalej, bo to dobra zabawa (choć niezdrowa). Co dziewiąta studentka uprawia tzw. sponsoring! 75% kobiet wstydzi się lub brzydzi seksu oralnego! Każdy może ukraść noworodka ze szpitala! Pan Błażej chce pozwać do sądu kosmitów! Wykrochmal sobie biust! Itp.! Itd.! Etc.!
To tylko wierzchołek wysypiska śmieci, jakie goszczą na pierwszych stronach gazet, zarówno tych online jak i offline. Ale gdzie tam! Nie tylko gazet. Gazety to w tym wypadku (jeśli podążamy za metaforami) jedynie śmieciarki, przewożące śmierdzące pozostałości na inne wysypiska. Chciałoby się krzyknąć: 'O, nie! Dowidzenia!' I sam ten krzyk jest już wyrazem dystansu do przyswajanych bzdur. 'Dowidzenia' jest podsycane działalnością Rozumu, który równie dobrze, jak człowiek zdystansowany do świata (a więc wyrażający chęć współpracy z Rozumem), z miłą chęcią pozbyłby się takiej ilości pierdół. Tu pojawia się jednak problem, gdyż śmieci rozkładają się niesamowicie długo, zarówno w mózgu, jak i na zewnątrz. Mało tego, zagnieżdżają się w nim i nie ustępują miejsca wartościowym informacjom, które z kolei brzydzą się dzielić jedno legowisko z taką padliną. Ktoś się dziwi? Nie ma kto się dziwić, gdyż zdziwienie to wstęp do myślenia. Tymczasem kto ma myśleć, jeśli wszyscy zmieniają się w śmieciary?
PS Temat to na długie rozważania, przykłady być może podałem liche, aczkolwiek jest to pozostałość zaledwie po dniu dzisiejszym. Jest to jednocześnie tylko pewna część nawału bzdur, o które dziś zdarzyło mi się obijać. Nie polecam w większej ilości. Jeśli ktoś uprawia taki masochizm - szczerze współczuję i nie pozdrawiam. Dowidzenia.
Kidens (vel. Kidriv)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
