sobota, 11 kwietnia 2009

Trochę o emo, bo czemu nie

Chciałbym, żeby generacja emo okazała się tym samym, co słynne 'pokolenie JPII'. Niczym. Nie oszukujmy się, wykrzyczane minutę po śmierci Papieża hasło do dziś nie znalazło pokrycia w rzeczywistości. Nie zaobserwowaliśmy nagłego zrywu w celu czynienia szeroko pojętego Dobra. Tamtego dnia Polaków zjednoczył tylko fakt śmierci Jana Pawła II. Zjednoczył ich w smutku, owszem. Smutek ten jednak nie zaowocował niczym poza ewentualnym pójściem do kościoła następnego dnia. Intelektualiści oczywiście bardzo pragnęli, żeby polska młodzież okazała się wzorem do naśladowania, tymczasem skucha! Nie zadziałało. 'Pokolenie JPII' między bajki radzę włożyć. Nikogo ta tragedia nie zmieniła.

Gorzej z emo. Wiem, że porównanie pełnych życia nastolatków, czy studentów, którzy wychodzą z siebie, żeby uczynić świat lepszym, z mroczną grupą 'indywidualistów' pragnących jedynie płakania przy utworach My Chemical Romance może być trochę nie na miejscu... Niemniej cóż począć. 'Pokolenie JPII' tak samo jak pokolenie emo-dzieciaków owiane jest swoistą tajemnicą.

Obecnie uważa się, że emo są na wymarciu. Że czasy ich świetności już przemijają. Byłoby oczywiście bardzo miło, ale nie jest tak różowo. Z drugiej strony patrząc, jednak właśnie różowo jest, bo emo upatrzyli sobie kolor różowy na symbol cholera-wie-czego. Niemniej z tym różowym to nieistotna dygresja. Wysyp zespołów, które dzięki histerycznemu wyciu w wysokich rejestrach i tekstom opowiadającym o brudach nastoletniego życia (tudzież po prostu o bezsensie istnienia) na dzieńdobry kwalifikuje się do szufladki 'emo'. Z czasem jednak okazuje się, że to już nie emo, a jeszcze, dajmy na to, wegański hardcore. Szufladki w tym momencie nie pomogą. Granie w stylu emocjonalnym, zapoczątkowane przez odnogę zespołu Minor Threat, odróżniały od normalnego hardcore'u jedynie teksty, tudzież ekspresja wokalisty. Z tym drugim nie przesadzałbym jednak, gdyż muzycy hardcorowych kapel akurat w ekspresyjnym zachowaniu na scenie prześcigali się jak mogli. Reasumując, tradycyjne emo nie ma nic wspólnego z obecnym pop-punkiem, czy pseudo-progresywnym rockiem spod znaku Queen. Posłuchajcie pierwszej fali hardcore'u amerykańskiego, to zrozumiecie różnicę. Ludzie jednak chwytają nowe nazwy i tatuują je sobie na plecakach bądź szydełkują na garderobie. Panic at the disco!, My Chemical Romance, Fall out boy, czy próbujące doczepić się na siłę do popularnego nurtu Green Day, albo Papa Roach. Każdy próbuje skorzystać, więc znów mamy wyścigi. Dla przykładu - pan wokalista z AFI to nic innego jak polski Michał Wiśniewski: Pete Wentz to nihilista nienawidzący świata, ale korzystający ze wszystkich jego uciech. Ten na odwyku, tamten boi się powiedzieć rodzicom, że gra w kapeli, inny ma kompleks grubasa. Gdzieś w tym wszystkim gubi się prostota emo-przekazu uwypuklająca się w latach '80 w przekształcaniu się koncertów emo w swego rodzaju sesje terapeutyczne. Wspólne popłakiwanie, te sprawy. Nie da się zaprzeczyć, że w dzisiejszych czasach emo to tylko moda, styl ubierania się i wytłumaczenie młodzieńczego buntu. Nie oszukujmy się, nikt z emo-kids'ów nie sięga do tradycji i nie zapuszcza sobie Minor Threat w ipodzie. Eh, grunge przynajmniej miał jaja, powstawał razem z nową generacją. Emo nawet jednego jajca nie ma.

PS Poniżej link do targanej sprzecznościami wypowiedzi pewnej młodej damy, która zaprzeczając stereotypom emo, jednocześnie sama (nieświadomie) je demonstruje, jednen po drugim. Do emo warto jeszcze wrócić, a to, co wyskrobane przeze mnie wyżej, to póki co, tylko luźna refleksja.

http://www.youtube.com/watch?v=uJTFVM2A27c

Kids

poniedziałek, 6 kwietnia 2009

Krew Chrystusa

Obejrzałem właśnie "Ostatnie kuszenie Chrystusa" w reżyserii Martina Scorsese. Tak się składa, że aktualnie czytam też "Mężczyznę z Nazaretu" Anthony'ego Burgessa (autora m.in. "Mechanicznej pomarańczy"). Ponadto - pewnie, jak każdy, kto oglądał kiedyś świąteczną TV - obejrzałem już mnóstwo filmów traktujących o życiu i śmierci Jezusa. Poczynając od "Króla Królów" z Jeffreyem Hunterem w roli Jezusa, przez "Jesus Christ Superstar" z Tedem Neeley'em, aż po "Pasję" z Jimem Cavazielem. W filmie Scorsese Jezusa grał jeden z moich ulubionych aktorów: Willem Dafoe. Boże wybacz, ale to był naprawdę brzydki Jezus. Jednak świetnie zagrany.

Powyższe napisałem nie po to, żeby się pochwalić tym, jaki to jestem obeznany z kinematografią. Bo nie jestem. Napisałem to, ponieważ za każdym razem, gdy oglądam film, bądź czytam książkę o Jezusie, nasuwa mi się pewne spostrzeżenie. Otóż twórcom nie wystarcza ortodoksja. Może za wyjątkiem (niekoniecznie chlubnym) "Pasji", wszyscy starają się upchać jak najwięcej pomiędzy to, czego zmieniać im nie wypada. Scorsese jest w tym mistrzem. Nie dziwię się, dlaczego Kościół zakazywał wiernym oglądać ten film. Chrystus jeszcze na krzyżu doświadcza pokus "normalnego życia". Życia czysto ludzkiego, bez bożego balastu zbawiania świata. Doświadcza pokusy fizycznej na tyle mocnej, że - jak sugeruje reżyser - w pewien sposób jej ulega. Wierni faktycznie nie powinni widzieć Jezusa uprawiającego seks z Marią Magdaleną. Bądźmy szczerzy: nie zrozumieliby, albo zrozumieliby opacznie. Wydaje mi się, że mimo kościelnej cenzury, sam Scorsese jako praktykujący katolik, ekskomuniką obłożony nie został. Świadczy to o mądrości Kościoła, który umie zastosować zasadę hierarchiczności w praktyce. Uderza, że w wielu produkcjach pominięty jest motyw Zmartwychwstania. A bez Zmartwychwstania "nasza wiara" byłaby martwa. Obawiam się, że pod przykrywką intelektualnej prowokacji, kryje się tutaj po prostu strach przed jawną deklaracją: Jezus był Bogiem. Artyści też ludzie. Mają swoje wątpliwości i pewnie odczuwają je mocniej niż ci zwyczajni zjadacze chleba. Wydaje mi się jednak, że rozprawiają się z nimi często po linii najmniejszego oporu. Odsuwając je w czasie. Filmy i książki, które piszą są tego żywym świadectwem. Nazwałbym to intelektualizowaniem miłości. Tej boskiej oczywiście. Dylematy ukryte w pytaniu "Czy Jezus uprawiał sex?" stają się już po prostu nudne i w istocie nikłej wagi. To przez to, że porusza się je tak często. W odróżnieniu od kwestii zmartwychwstania, która jest marginalizowana. A jest, jak już powiedziałem, zdecydowanie najistotniejsza. W "Jesus Christ Superstar", "Królu Królów" i "Ostatnim..." ważniejsze od niego są nawet zagadnienia polityczne. Nie przekonuje mnie to. Sztuka rodzi się z wątpliwości, to fakt, ale punkt przyłożenia tych wątpliwości jest moim zdaniem niewłaściwy. Z czego to wynika? Myślę, że to intelektualny balast nowoczesności, z wciąż żywym, mimo że przez akademików wyśmiewanym coraz częściej, Freudem i Marksem. Oni wiele zepsuli w postrzeganiu świata. Nadgryzli tradycję i niewiadomo teraz, co z tym robić. Jest to też wynik kierunku w jakim poszła katecheza Kościoła. Do problemów trzeciorzędnych zaczęto przykładać pierwszorzędną wagę. Życie płciowe młodzieży na przykład. Okazuje się, że czyste pozbawione sprośności myśli są ważniejsze od cnót takich, jak uczciwość, czy męstwo.

Mimo zastrzeżeń, sądzę że filmy i książki o Jezusie, które jakoś uzupełniają ewangeliczne opisy są potrzebne. Świadczą o mimo wszystko żywej wciąż potrzebie transcendencji. Znaczy: jeszcze nie wszystko stracone.

środa, 1 kwietnia 2009

O dotrzymywaniu obietnic

Co powinien zrobić człowiek, który z całą świadomością zobowiązał się coś zrobić? Zrobić to? Nie! Dzień po złożeniu obietnicy wysłać esemesa z internetu i poinformować w nim, że jednak tego nie zrobi. To, że rozpierdala tym samym czyjeś misterne i napięte plany, nie powinno mieć żadnego znaczenia. Przecież wystarczy proste: "Przepraszam, jednak nie mogę"...

Niestety, i przekonuję się o tym na każdym kroku, nasze pokolenie jest pokoleniem pierdolonych eunuchów, nie wiedzących, co to odpowiedzialność. Dane słowo nie liczy się na tym zasranym świecie niemal dla nikogo. Czy zdarzyło Ci się, Czytelniku, że Twój znajomy, chłopak, dziewczyna, czy przyjaciel permanentnie spóźnia się na spotkania z Tobą? I nie o 5, a o 20 albo i więcej minut, nigdy nie dając też znać, że przyjdzie później? Czy zdarzyło Ci się, Czytelniku, że ktoś Ci coś obiecał, coś zupełnie niewielkiego, w gruncie rzeczy niewymagającego wysiłku i długo zwlekał z realizacją obietnicy, używając coraz to innych wymówek? Albo tej jednej, najbardziej wkurwiającej: "Zapomniałem". Tak, jakby to było uzasadnienie. Czy zdarzyło Ci się, że ktoś podjął wobec Ciebie jakieś poważne zobowiązanie, a następnie perfidnie Cię olał? Twierdząc w dodatku, że nie robi nic złego? Mi się zdarzyło, a jeśli Tobie nie, to powiedz mi, dlaczego to na mojej drodze stają nieodpowiedzialne matoły? Niech sobie będą, ale mnie niech omijają szerokim łukiem!

Tyle, że tych matołów jest mnóstwo.

Moi rówieśnicy, tak na ogół zajęci walką o swoje prawa, tak na ogół postępowi i chcący wszystkim dokoła pomagać (homosiom, biednym, dzieciom, krajom trzeciego świata), współczesna młodzież, która o swoje cele i ideały walczy z podziwu godnym uporem, sama w istocie jest - a właściwie tworzące ją jednostki - niewiele warta. Pojęcia honoru czy uczciwości zatarły się, albo zmieniły swoje znaczenie. Teraz ludzie czują się urażeni nie tym, że ktoś zarzuci im kłamstwo, albo tchórzostwo, a tym, że np. ktoś sądzi, że muzyka, której słuchają jest gówniana, albo że są źle ubrani. Ludzie gardłują na polityków-złodziei, że ci nie dotrzymują obietnic wyborczych, a ja pytam: dlaczego mieliby to robić? Powszechną praktyką społeczną jest niedotrzymywanie słowa. W życiu prywatnym (rosnąca liczba rozwodów), w życiu gospodarczym (np. umowy opcyjne), w życiu politycznym (rzeczeni politycy), w życiu po prostu. Powracając do 'buntowniczej' młodzieży, przypuszczam, że to jakaś głębsza psychologia: człowiek w głębi duszy wie, że jest zerem, więc kompensuje to sobie walcząc z zazwyczaj abstrakcyjnymi i odległymi mu wrogami (np. HIV w Afryce)... Zamiast tego, mógłby po prostu być porządnym i słownym człowiekiem, o wiele bardziej przysłużyłby się ludziom. Ale nie - to zbyt trudne. Pierdolenie farmazonów nic nie kosztuje. A praca, jaką trzeba włożyć w relacje z innymi, w wypełnianie zobowiązań, tak.

Nie sądzę, żeby ludzie, którym się nie chce, którzy olewają to, co sami mówią, mieli jakąś wartość. Może dla Boga mają, dla mnie - nie.

Sted

PS Na zdjęciu: Joker. "I am a man of my word" - mówił o sobie w "Dark Knight" i niszczył innych, zgodnie z obietnicą. To świadectwo, że nie wystarczy być słownym, trzeba jeszcze mieć jakiś kodeks wartości. A o to w dobie wszechobecnego lewactwa trudno.

PS 2 Najgorsze jest to, że ludzie są po prostu idiotami, nie będącymi w stanie zrozumieć, gdzie popełniają błąd.

poniedziałek, 30 marca 2009

Wstęp do sztuki współczesnej

Współczesnym przedstawicielom konserwatywnego myślenia o sztuce weszło już w krew umartwianie się nad jej losem. Dokąd zmierza? Dlaczego zboczyła z obranego wieki temu kierunku? Jak to możliwe, ze do głosu doszła postmodernistyczna dowolność? Są to pytania, na które odpowiedź znaleźć nietrudno. Wystarczy sięgnąć pamięcią do pierwszej wojny światowej, kiedy to w bólach narodził się dadaizm.

Hans Richter w swojej książce "Dadaizm" przyjmuje za moment narodzin dadaizmu, przyjazd Hugo Balla do Zurychu i założenie przez niego "Cabaret Voltaire". Nastąpiło to w dniu urodzin mojej siostry, czyli piątego lutego, roku zaś 1916. Szwajcaria była krajem neutralnym w trakcie Pierwszej Wojny Światowej, nie dziwi więc swoboda z jaką nowy ruch się rozwijał. Piątego lutego miało miejsce pierwsze wystąpienie rodzącej się właśnie grupy, które od razu wywołało nie lada sensację. Dadaizm bowiem okazał się nie mieć nic wspólnego z dotychczasową sztuką, mało tego!, z premedytacją się od takowej odcinał. Dadaistów łączyła wspólna chęć destrukcji w ramach odreagowania okropieństw wojny. Destrukcyjność owa przejawiała się w realizowaniu coraz bardziej abstrakcyjnych pomysłów, od symultanicznych wierszy począwszy, a skończywszy na stworzeniu choćby maszyny do robienia wrzasków. Na domiar złego, stałym fragmentem wystąpień dada było systematyczne obrażanie publiczności, wyzywanie jej od najgorszych i stałe prowokowanie. Niestety, gdy opinia publiczna zwęszyła w dadaizmie sensację, przymknęła oko na inwektywy pod swoim adresem.

Właściwie przymknęła oko na wszystko. Nazwano dadaizm sztuką i wepchnięto go na salony. To wszystko mimo wszelkich starań, których dadaiści dołożyli do tego, aby o ich tworach nie myślano w ten sposób. Specjalnie ukuty termin "antysztuka" nie jest przecież wyssany z palca. Antysztuka miała być z założenia sztuki przeciwieństwem i to skrajnym do granic możliwości. Nie da się ukryć, że te granice z resztą nieraz przekraczano (przypadek Arthura Cravana). Niemniej dadaizmu przed zaklasyfikowaniem nie dało się widocznie uniknąć. W efekcie nawet kolumnę Kurta Schwittersa należało uznać za dzieło sztuki. Właśnie takie rozumowanie zgubiło sztukę późniejszą.

Gdyby dadaizm pozostał na manowcach i działał jedynie w imię buntu i nihilizmu (jak miał w planach), a sztuka podążała własnym torem, problemu najprawdopodobniej by nie było. Kiedy zaś sława nowego, intrygującego kierunku, dała się odczuć samym jego twórcom, ci wnet sami zapragnęli i sławy, i poważania i zapewne profitów. I posypało się. Dadaizm przekształcił się w surrealizm, który można nazwać bardziej przystępnym jego obliczem. Dadaizm jednak dał też wytyczne pod kierunek zwany postmodernizmem, który, można by rzec, uprawomocnił zanik sztuki wartościowej i pozwolił na dojście do głosu tandecie i prostactwu. Sam dadaizm był interesujący jedynie jako zjawisko. Nie oszukujmy się, żaden Tzara, czy Duchamp nie stworzyli jakiegokolwiek dzieła sztuki. Gdyby nie afera wokół ready-made's, czy spopularyzowanie techniki kolażu, o dadaizmie zapomnianoby równie szybko, jak on sam by o sobie zapomniał. Z resztą, koniec dadaizmu był nieuniknionym (acz ostatnim) etapem jego rozwoju. Wiadomo, jak niszczyć, to wszystko, łącznie z samym sobą. Szkoda tylko, że nieświadomie pociągnął za sobą w piekielne otchłanie sztukę przez duże S.

Kidriv

[na zdjęciu arcydzieło polskiego artysty współczesnego o nazwisku Sasnal - Sted]

środa, 25 marca 2009

"Gejów trzeba tępić"

Tytułowy imperatyw sformułował Wojciech Cejrowski w trakcie wystąpienia dla studentów na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Na tę nadzwyczaj skandaliczną wypowiedź natychmiast zareagował jeden z przedstawicieli Kampanii Przeciw Homofobii: "Wśród słuchaczy mogli być też geje i lesbijki. Jak oni się poczuli? Cejrowski w ogóle o tym nie pomyślał." Chce on, by Cejrowskim zajęła się prokuratura.

Oczywiście w onetowym newsie nie przytoczono kontekstu wypowiedzi Cejrowskiego; nie zrobiono tego, by stworzyć wrażenie, że namawia on do np. mordowania, albo przynajmniej fizycznej agresji wobec wszystkich homoseksualistów. Jednak nie od dzisiaj wiadomo - niestety, wiedzą to tylko ci, którzy umieją słuchać i myśleć, - że Cejrowski i jego ideowi stronnicy, do których sam siebie zaliczam, odróżniają "gejów" od "homoseksualistów". Homoseksualiści są po prostu zboczeńcami, ale nie wszyscy z nich są gejami. Gejami jest tylko ta ich część, której się wydaje:

a) że homoseksualizm nie jest zboczeniem,
b) że trzeba to koniecznie uświadomić reszcie ciemnego społeczeństwa, najlepiej wymuszając odpowiednie rozwiązania prawne i, rzecz oczywista, manifestując swoją orientację wszem i wobec.

Geje są w tym, co robią niezwykle agresywni i nietolerancyjni, a ich postulaty stanowią zagrożenie dla ładu, który wytworzył się przez wieki tradycji pośród normalnej części społeczeństwa. Wystarczy wspomnieć ostatnie wydarzenia w W. Brytanii, gdy rodzice dzieci, po tym jak zabronili uczęszczać im na lekcje poświęcone homoseksualizmowi, straszono sądem, a nawet odebraniem praw rodzicielskich. "Dla dobra dzieci." Niebezpieczeństwo związane z całą postępową moralnością to dla mnie truizm i - przyznaję - nie toleruję ślepców. Nie muszą mnie czytać, tak jak ja, póki co, nie muszę czytać ich.

Już samo słowo gej, pochodzące od przymiotnika "gay", odpowiednika polskiego słowa "wesoły" w języku angielskim, jest narzędziem walki o tzw. prawa gejów. Ma sugerować, że homoseksualizm jest fajny, cool i nie ma w nim nic złego. Geja wymyśliły środowiska emancypacyjne, a nie zwykli ludzie. Gej to słowo w wokabularzu postępowej nowomowy.

Gejów trzeba tępić, tj. pokazywać i uświadamiać ludziom, czym faktycznie jest to, co oni proponują. Trzeba nazywać rzeczy po imieniu. Zboczenie jest zboczeniem, a nie równoprawną orientacją seksualną.

Gdy pan z KPH twierdzi, że słowo zboczeniec obraża gejów, albo że nawoływanie do zwalczania gejów jest dla nich obraźliwe, to istotnie ma racje. Geje czują się urażeni takimi stwierdzeniami, ponieważ mają wywrócony do góry nogami system wartości. W związku z tym, ich uraza nie ma kompletnie dla nas żadnego znaczenia. Cóż mnie obchodzi, jeśli menel poczuje się urażony nazwaniem go menelem, gdy nim jest naprawdę? Nawet, jeśli wydaje mu się - wbrew zdrowemu rozsądkowi - że jest arystokratą i właśnie zjadł solone jajko na twardo, a jego alpaga to pierwszej klasy szampan?

Wasz Sted

PS Jeśli ktoś chce mnie zwyzywać od ciemnogrodu, proszę bardzo, ale niech nie liczy, że wejdę z nim w jakąś dyskusję albo przynajmniej pyskówkę. Przynaję się, że obce mi są ideały tolerancji dla czegoś, co uważam za najzwyczajniej w świecie złe.

wtorek, 24 marca 2009

Zagubiony mężczyzna, czyli dlaczego nie rozumiem klubowiczów?

Jakiś czas temu obiecałem posta dotyczącego m.in. afterparty po koncercie Eagles Of Death Metal. Sprostuję na wstępie, że nie chodziło mi o rozpisywanie się nad zaletami czy wadami tej konkretnej domówki (bo to, gwoli przypomnienia, domówka była). Takie wskazywanie palcem, byłoby równie niepotrzebne, co niestosowne.

Plan zakładał, jak zwykle to bywa, uogólnienie sprawy i przedstawienie możliwości imprezowania z punktu widzenia kogoś w rodzaju 'prawdziwego mężczyzny'.
Niekoniecznie tego z "Poradnika Prawdziwego Mężczyzny" (Kto to taki? Odsyłam na youtube.com). Na myśli mam raczej młodzieńca odpowiednio zdystansowanego do świata. Wystarczająco zdystansowanego, ażeby gardzić skrajnościami, w które mężczyzna może popaść. Skrajności te oscylują wokół dwóch: ekstremum menela oraz ekstremum bycia wylansowanych "kryptopedałem" (wybaczcie, przejąłem słownictwo z "Poradnika Prawdziwego Mężczyzny"... albo nie wybaczajcie). Syndrom menela na pierwszy rzut oka zdaje się skrajnością gorszą. Wiadomo, z czym kojarzy się bycie menelem: ze smrodem, brakiem pieniędzy i nadmiarem chęci na używki. Plus (lub zarazem) - niepowodzeniem u płci przeciwnej. Nie dajcie się jednak zwieść pozorom! Syndrom bycia
wylansowanym do granic możliwości młodzieńcem także niesie za sobą wiele niedogodności. Możnaby pokusić się o tezę, że w tym wypadku zwiększające się powodzenie u płci przeciwnej jest wprost proporcjonalne do spadku wartości, które charakteryzują mężczyznę od wieków (lub wręcz z samej zasady!). Dlatego wybieramy złoty środek, nie grzebiąc się w odchyleniach, w jakąkolwiek z podanych stron. Będąc więc takim mężczyzną, nie stroniącym od alkoholu, lubiącym się ze znajomymi napić i pogadać o pierdołach lub o sprawach poważnych, nie stroniącym również od towarzystwa dziewcząt, wpadam w końcu na pomysł, żeby gdzieś to wszystko zrealizować. Pojawia się pytanie:

Gdzie może się wybrać mężczyzna?

Oto jest pytanie! Domówki bowiem odpadają. Jak dobrze młodzieży wiadomo, impreza w stylu 'domówka' zdecydowanie wycofała się do lamusa. Nie czas jednak na rozważanie wyższości takiej formy zabawy od innych (choć i na to przyjdzie pora!). Brak domówki zrekompensować mają w dzisiejszych czasach tzw. beforki... przepraszam... "b4'ki", których rozwinięciem jest nowoczesna wersja niegdysiejszego pójścia w tango. Nazywa się to dziś rajdem po klubach, czyli 'clubbingiem'. Dla mężczyzny jednak te dwa wyrażenia - 'pójście w tango' i 'rajd po klubach' zdecydowanie się wykluczają! Facet idąc w tango, na myśli ma zabawę totalną, tj. bez żadnych ograniczeń. Jeśli ktoś czytał powieść Dostojewskiego pt. "Bracia Karamazow", to wie doskonale jak wyglądało kiedyś prawdziwe 'imprezowanie'. Poczciwy Mitka trzy dni i trzy noce z cyganami rozpijał kolejne skrzynki szampana, tańcując hulając i swawoląc! Nie licząc się z konsekwencjami, których jednak był doskonale świadomy.

Tak było w wieku XIX. Przez większą część wieku XX wieku takie zabawy wciąż były na porządku dziennym. Nagle jednak czar prysł i zdecydowano przestawić się na ściśle kontrolowane spędzanie wolnego czasu.

Czym jest w praktyce wyjście do klubu? Jest to konwenans, pewien wymóg czasów, któremu należy się podporządkować, żeby nie wyjść na odizolowanego '"freak'a". Ludzie lgną do różnych zbiorowości; nie od dziś wiadomo, że uwielbiają się organizować i być rozumianymi przez innych. No cóż, ja do tych innych zdecydowanie nie należę. Myślę, że wszelkie wątpliwości wyjaśnię, odwołując się do wyliczenia 'korzyści' płynących z wspólnego wyjścia do jakiegoś klubu, czy innej dyskoteki. Otóż, instytucja klubu dyskotekowego została zaplanowana tak, ażeby nie można było w żaden sposób podjąć próby integracji z kimkolwiek. Nie wspominając nawet o rozmowie ze swoimi współtowarzyszami. Wchodząc do takiego miejsca, z każdej strony "na dzieńdobry" ogłuszeni zostajemy decybelami wykluczającymi rozmowę w normalnym tego słowa znaczeniu. Zostaje krzyk i ew. pokazywanie na migi. Po cóż bowiem w klubie rozmawiać? No tak, zapomniałbym. Do klubu idzie się potańczyć. Niemniej, w klubie znajduje się nieźle zaopatrzony bar, więc choćby z przyzwoitości należałoby się lekko podchmielić. Niech będzie, że nawet wstawić. Nie wszyscy przecież potrafią wywijać hołubce na parkiecie w pozycji trzeźwej. Chętnie wydajemy w takim miejscu kilkadziesiąt złotych, nie licząc się z 100, lub nawet 200 procentową cenową przebitką. Ubożsi o pięć dyszek, ale bogatsi o promile, dziarsko szukamy miejsca, w którym można przycupnąć na chwilę, tuż przed muzycznym szaleństwem. Duża jednak szansa, że takiego miejsca po prostu nie znajdziemy przez niebotyczny tłok, jaki w takim miejscu panuje. No cóż, nieważne, znów działa argument, że 'przyszło się tu na tańce'. Idziemy więc na tańce. Na tańcach tłum również nieznośny, muzyka zaś nie do końca przekonująca (Ważna uwaga! W dzisiejszych czasach dla większości ludzi muzyka już jest nieistotna, liczy się elektronicznie i równo wybijany prostacki rytm, więc argument z niezadowolenia z muzyki należy odrzucić).

Etc., etc., czas się zbliżać do podsumowania, które jest tu szalenie istotne. Otóż - kluby stworzone zostały nie do tego, aby zapewnić godziwą rozrywkę bywalcom. Zostały stworzone po to, aby rozrywki tej ludzi pozbawić! A przy okazji na nich zarobić.

W jaki sposób mam czerpać przyjemność z bycia w miejscu gdzie nie mogę się do nikogo odezwać bez podnoszenia głosu, nie mogę wręcz nikogo zobaczyć, gdyż wszędzie jest ciemno, nie mogę kupić czegokolwiek, nie stojąc w kilometrowej kolejce i nie płacąc znacznie więcej niż powinienem, nie mogę wreszcie potańczyć do lubianej przeze mnie muzyki, a na dodatek przed wejściem muszę jeszcze zapłacić za wstęp?? No, wybaczą Państwo, nie mogę. Kto może? Tego szkoda.


Dlaczego więc domówki odeszły hen hen za horyzont? Nie wie żaden. I nie chce wiedzieć.

Dlaczego w końcu mężczyzna nie może znaleźć ukojenia w wieczornych wyjściach? Ano z braku knajp przystosowanych do ożywionych dyskusji, sprzyjających integracji bywalców w trakcie spożywania napojów wyskokowych o rozsądnych cenach. No i oczywiście z racji ciągłego zwiększania się ogólnospołecznej chęci przebywania w klubach. Świadczy to, myślę, raczej o pewnego rodzaju wstydliwości i lenistwie, a może nawet i świadomości swojej niemocy w normalnej dyskusji. Nie chcę mi się po prostu wierzyć, że chodzimy tam z czystej przyjemności i naprawdę ją znajdujemy.

Nie oszukujmy się, ludzie głupieją, więc kwestią czasu było przeniesienie poziomu ich rozrywek na niższy. W efekcie, kawiarnie artystyczne, stoliki literackie i big-bitowe potańcówki nie są w stanie nawet w grobie się przewrócić.


PS Osobiście znalazłem i gościłem nagminnie w co najmniej dwóch idealnie przystosowanych pubach dla mężczyzny starej daty. Niestety, każdy z nich z czasem rozpoczął transformację, mającą na celu przyciągnięcie większej klienteli. Zabiegi te być może się udały, nie wiem, mnie już tam nie było w tym czasie. Z powodów wiadomych.

Kidriv

piątek, 20 marca 2009

Scribamus, cras enim moriemur. Piszmy, bo jutro pomrzemy!

Ostatnio słyszałem, że młodzi internauci chcą stworzyć partię polityczną. Nie jestem jednym z nich, ale wykorzystywanie sieci do 'tworzenia' jest dobrym pomysłem. Postanowiliśmy pójść tą ścieżką i choć podobnie, jak owi polityczni aktywiści nie mamy jeszcze konkretnego programu, mamy wzniosły cel.

Słuchajcie więc! Sted i Kidriv, mają propozycję dla Waszych niespokojnych duszyczek! Chcemy założyć internetowy kwartalnik i poszukujemy autorów. Chodzi o publicystów i pisarzy (proza, poezja). Byłoby to raczej przedsięwzięcie mające na celu bardziej pracę nad warsztatem pisarskim i dyscypliną pisania niż zapewnienie autorom sławy i pieniążków. Choć i te się przydadzą. Proporcje będą zależeć od tego, ilu będzie chętnych i co będą chcieli pisać. Prosimy o maile ze zgłoszeniami na archetyp@tlen.pl Prosimy o krótki profil swojej osoby i dowolną próbkę twórczości.

Technicznie wyglądałoby to tak. Wydawalibyśmy ten periodyk w formacie PDF i rozsyłali do potencjalnych zainteresowanych i prenumeratorów. Opieralibyśmy się głównie na mailowej prenumeracie. Być może jakaś redakcja czasopisma komputerowego, dorzucająca krążki do numerów, wypalałaby na nich także nas. Pismo miałoby powiązanego z postscriptum-ps.blogspot.com bloga, na którym zamieszczałoby się najciekawsze teksty. Redakcja nie przejmowałaby praw autorskich do tekstów (przynajmniej do czasu), co oznacza, że możnaby je drukować także w innych czasopismach. Publikowanie tekstów byłoby darmowe, nie byłoby też żadnych składek członkowskich. Myślę, że jeśli udałoby się nam po jakimś czasie uzyskać stałą grupę czytelników, możliwe byłyby z ich strony dobrowolne i spontaniczne gratyfikacje pieniężne dla najlepszych autorów. (Mój znajomy dostaje od anonimowych darczyńców wpłaty za dobrze wg nich prowadzonego bloga) Ale to tylko przy bardzo wysokim poziomie tekstów. Jeśli wirtualny nakład przekroczyłby kiedyś 300 wysłanych na maile prenumeratorów ‘sztuk’ (co jest pewnie bardzo odległą przyszłością), możliwe byłoby zalegalizowanie działalności i umieszczanie reklam, z których też możnaby czerpać jakieś – pewnie bardzo drobne – korzyści.

Jacyś chętni?

PS Jesteśmy oczywiście otwarci na wszelkie propozycje co do profilu kwartalnika i sposobu jego prowadzenia i dystrybucji